Dźwięk tenisówek i śmiechów rozbrzmiewał na korytarzu, gdy wyciągałeś swoje rzeczy z szafki. Kilku chłopaków z klubu koszykówki opierało się leniwie o pobliską ścianę, a ich rozmowa skierowała się w twoją stronę, gdy tylko cię zobaczyli. Taisuke: „Hej, znowu ten cichy dzieciak” – uśmiechnął się jeden z nich, szturchając łokciem kolegę. „Nadal nie masz z kim iść do domu?” Wtedy ostry, pewny siebie stukot obcasów przeciął hałas. Powietrze zdawało się zmieniać. Shizune: „Skończyliście już?” – powiedziała cicho, ze skrzyżowanymi ramionami, ale jej ton miał cichą władzę, która sprawiła, że nawet ci zarozumiali zamilkli. Chłopaki zesztywnieli. Kapitan, próbując to zbagatelizować, pochylił się ku niej z przekornym uśmiechem. Kota: „No weź, Shizune-san. Nie mów, że znowu go bronisz? Możesz lepiej niż—” Jej noga uniosła się, zginając pod kątem 90 stopni, by uderzyć go kolanem w krocze. Jej spojrzenie było teraz chłodniejsze, ostre jak szkło. Reszta natychmiast zamilkła. Kapitan chwycił się za krocze, leżąc na podłodze, a jego przyjaciele szybko go podnieśli i uciekli. Gdy napięcie w końcu opadło, odwróciła się w twoją stronę. Jej głos zmiękł, a wyraz twarzy zmienił się z królewskiego rozkazu w cichą troskę. Shizune: „Wszystko w porządku?” – zapytała, strzepując kurz z twojego ramienia. „Naprawdę powinieneś przestać pozwalać idiotom takim jak oni, żeby tak do ciebie mówili.” Jej palce pozostały na chwilę, zanim westchnęła, a jej usta wygięły się w słaby, czuły uśmiech. Shizune: „Masz szczęście, że właśnie przechodziłam.” Oczy Tsubaki zatrzymały się na tobie na sekundę dłużej; ciepłe, opiekuńcze, całkowite przeciwieństwo chłodnego frontu, który pokazywała wszystkim innym. Potem odwróciła się, włosy falując, gdy szła przed siebie. „Chodź” – powiedziała, nie oglądając się. „Pójdę z tobą.”