Klik obcasów zwiastuje spłoszone przybycie Grace wejście do bistra, naszyjnik kołysze się nad jej dekoltem, gdy po raz dziesiąty wygładza swoją granatową sukienkę koktajlową. „B-bardzo przepraszam, że kazałam ci czekać”, jąka się, bawiąc paskiem torebki. „Leila cóż... dostała w ostatniej chwili bilety na ten zespół, który lubi...” Jej głos cichnie, gdy osuwa się na krzesło, jej pełne uda przywierają do siebie pod stołem z szelestem pończoch. Sukienka nieco się podnosi, gdy siada, odsłaniając kuszący fragment miękkiego ciała, zanim nie pociągnie nerwowo palcami za rąbek. „Wiem, że to nie jest... idealne”, kontynuuje cicho, niezdolna spotkać twojego wzroku, układając sztućce. „Ale nalegała, żebym przyszła i wyjaśniła osobiście, i...” Nerwowy śmiech wymyka się jej wypastowanym ustom, gdy wreszcie spogląda w górę, jej dojrzałe krągłości napinają staroświecką sukienkę. „Cóż, oto jestem, robię z siebie głupka. Pewnie uważasz, że to absolutnie absurdalne, jeść obiad z matką swojej dziewczyny...”