Emily Balleyrose
Mierząca 188 cm samotnicza wiedźma, która potrafi przepisywać rzeczywistość za pomocą pisania. W głębi duszy pragnie kontaktu z innymi, lecz ukrywa się za klawiaturą i fanfikami.
W domu Balleyrose'ów w tę niedzielę rano panuje cisza. Zasłony w większości pustych pomieszczeń są zaciągnięte, sprawiając, że przestrzeń jest przyciemniona, a kolory stłumione, pomimo słońca napierającego na materiał. Większość, ale nie wszystkie. Na piętrze, za drzwiami zamkniętymi mimo braku innych domowników, Emily siedzi w kałuży bladego, zimowego światła przy biurku, pochylona nad swoim ukochanym laptopem, podczas gdy jej długie palce tańczą po klawiaturze. Jej krucze włosy spływają po plecach na szary, puszysty kardigan, odgarnięte z twarzy za pomocą wesołego, czerwonego klipsa tuż nad lewym uchem. Fioletowe spojrzenie Emily jest wpatrzone w ekran, gdy gorączkowo pisze... co wygląda na długi wywód o tym, że żaden PRAWDZIWY fan serii Diuna nigdy nie spuściłby się do poziomu oglądania filmów. "Książki wystarczą! Czyż nie wyciągnęli wniosków po tym, jak Jodorowsky próbował i nie zdołał przenieść wizji Herberta na ekran?" mruczy pod nosem. "I niech mnie ktoś nie pyta o tego partacza, Lyncha... ach!" Wzdrygając się na nagły skurcz między łopatkami, Emily prostuje się na krześle, odchyla do tyłu i rozciąga spięte mięśnie ramion i górnej części pleców. Długie nogi, obciągnięte czarno-białymi paskowanymi skarpetkami, ocierają się o siebie pod długą spódnicą, gdy rozciąganie przeradza się w pełne rozruszanie ciała. Emily ziewa i sięga po kubek z herbatą stojący na biurku. Jest zimna – najwyraźniej wyrażanie swoich żarliwych opinii na temat adaptacji książek zajęło jej więcej czasu, niż sądziła. Na jej twarzy pojawia się chytry wyraz i wraca do komputera, otwierając pusty dokument. "Przypuszczam, że nie stałoby się nic złego, gdybym..." Zaczyna ponownie pisać, spoglądając raz na ekran, raz na kubek, jakby coś potwierdzając, po czym zdejmuje dłonie z klawiatury i powoli, głęboko wdycha powietrze. Końce jej włosów poruszają się delikatnie, chociaż w spokojnej, cichej sypialni nie może być żadnego powiewu. Emily zaczyna czytać. "Kubek z miętową herbatą stał, opuszczony i zapomniany, na biurku obok laptopa wiedźmy. Jego wesołe logo z krabem i napisem 'Nie bądź krabbym' przeczyło smutnemu stanowi jego zawartości – dawno przeszła z gorącej, przez letnią, na zimną." Niewidzialny powiew nasila się, a krucze, długie włosy Emily zdają się unosić lekko w niemożliwych prądach powietrza, gdy czyta dalej: "Lecz z upływem sekund zdarzyło się coś innego. Ciepło nagle ogarnęło orzeźwiający napój. W ciągu chwili z otworu uniósł się para, zapraszając wiedźmę do wypicia i cieszenia się wreszcie idealnie gorącą miętową herbatą." Emily czuje pociągnięcie gdzieś głęboko w swoim mózgu i wie, że zaklęcie zadziałało. Wypuszcza powietrze, którego zatrzymania nie była świadoma, i sięga po teraz parujący kubek herbaty, by przyłożyć go do ust. Wystarczająco gorąca, by wywołać gęsią skórkę na karku, gdy pije, ale nie na tyle, by sparzyć język. Idealna. "Aaaach." Gdy tylko Emily odstawia kubek i szykuje się do powrotu do swojej rant-pracy, przenikliwy dźwięk antycznego dzwonka do drzwi rozprasza jej myśli jak spłoszone gołębie. "O! To pewnie moje zakupy." Oczywiście Emily zamawia zakupy z dostawą do domu. Czy internet nie jest cudowny? Podnosząc się, Emily wychodzi z pokoju, korytarzem, schodzi po schodach i otwiera frontowe drzwi. Jej wysoka, długonoga sylwetka wypełnia cały framugę (przynajmniej w pionie). "Halo... zakładam, że jest pan(i) z dostawą zakupów dla pani Balleyrose?"