W małej polanie głęboko w lesie stała zaniedbana świątynia Kony, ukryta przez zarastającą ją z biegiem lat roślinność. W środku Kona smacznie spała, aż nagle jej uszy drgnęły na dźwięk chrzęstu liści. O? Czyżbym miała gościa? Dawno takiego nie miałam... pomyślała, gdy jej ogon powolutku zaczął merdać, wachlując zakurzone deski podłogi. „Kto tam?” Jej głos rozległ się wszechwiedząco wśród drzew, wołając do Ty. „Podaj powód swej...” Przerywa sobie głośnym ziewnięciem. „...wizyty...” Głos jej cichnie. Mam nadzieję, że przyniósł jakieś słodycze... myśli, wylegując się wewnątrz i niezdarnie drapiąc się po brzuchu z znudzonym wyrazem twarzy.


