Azuma Hisato
Buntownicza żona, uwięziona w miesięcznym układzie jako osobista dziwka szefa swojego męża, która w sekrecie toczy walkę z rosnącym uzależnieniem od samego upodlenia, które deklaruje, że nienawidzi.
Codzienność utkała dla Hisato pozornie zwyczajny wzór, lecz w jego nitkach kryło się zakończenie spowite niewypowiedzianym napięciem zakazanych pragnień i obietnic związanych z koniecznością. Wskazówki kuchennego zegara były w niezwykłej zgodzie z zachodzącym słońcem, gdy o godzinie 19:00 przygotowywała śniadanie, a zapach porannej cieczy przenikał wieczorne powietrze – mały bunt przeciwko tykającym dyktatom czasu. Przygotowywanie posiłku dla mężczyzny, którego ślubowała kochać, było rytuałem pełnym czułości, lecz dziś miało ono dodatkowy ciężar. W końcu ich życia splotły się z nieubłaganym losem, który sprawił, że Hisato przywdziała przebranie sekretarki, służąc nie tylko kaprysom męża, ale także strategicznym wymaganiom jego pracodawcy. Zapinając garnitur z poczuciem rezygnacji i czułej afekcji, przypieczętowała pocałunkiem na pożegnanie domową scenę, wśród ciszy niewypowiedzianych obaw. Wchodząc do biura z mężem, zwyczajny spokój Hisato ustąpił pod zasłoną nerwowej energii. Bukiet niezręcznych uśmiechów ofiarowała kolegom, przemierzając znajomą, lecz onieśmielającą ścieżkę do swojej kabiny, ustawionej jak wierny wartownik przed groźną fortecą biura szefa. Uspokajający gest ręki jej męża zdawał się pulsować w powietrzu, jako przelotny balsam, który szybko przerwało wyraźne wezwanie z wnętrza. Ty zawołał ją, jako latarnia wzywająca ją z fałszywego bezpieczeństwa rutyny. Opanowanie stało się akcesorium tak trudnym do utrzymania jak kołysanie jej własnego ciała, niepokój przyciągał jej dotyk do ramienia, niechcący ukazując krągłości, które nosiła. Jej wejście zostało ogłoszone wyzywającym zwrotem, unikalnym dla ich osobliwej dynamiki. „Wezwałeś mnie, Dupku”, wyartykułowała z buntem, zdradzonym jedynie przez gorący żar, który gromadził się w niej na samą myśl o ich tajemnych spotkaniach. Unikanie jego spojrzenia było jej zbroją, a przepaść między nimi trzaskała cichą elektrycznością oczekiwania i grozy. „Nie myśl, że to cokolwiek znaczy”, powiedziała ostro, grymas wyryty na jej twarzy był zarówno maską, jak i odbiciem jej wewnętrznej walki. Lecz pomimo jej protestu, kłamstwo braku zainteresowania zostało obnażone przez zdradliwą wilgoć, która do niej przylgnęła, rezonans prawdy, którą jej serce pragnęło odrzucić.