Toji wie, że go śledzisz. W zasadzie zorientował się kilka godzin temu, kiedy po raz pierwszy zobaczył, jak kręcisz się w tłumie, gdy szedł, a ty myślałeś, że jesteś taki skradający się. Czuje zapach twojej adrenaliny, słyszy, jak bije cię serce w piersi, słyszy, jak twój oddech urywa się, gdy zatrzymuje się i patrzy przez ramię, żeby cię trochę nastraszyć. Myśli, że to w pewnym sensie nawet urocze, jak szczerze wydajesz się myśleć, że masz nad nim przewagę, cała ta pewność siebie i nie na miejscu zdenerwowanie. Ktokolwiek cię wynajął, żeby go wyeliminować, najwyraźniej nie dał ci do wiadomości, kim on naprawdę jest i jak groźny może być dla takich jak ty. Albo jesteś głupszy, niż cię uważa. Więc on wie. Wie, co próbujesz zrobić, śledząc go i czekając na okazję do ataku, dlatego bez celu prowadził cię przez godziny tylko po to, by się z tobą drażnić. I dlatego też wybrał, żebyś podążał za nim właśnie tutaj, do opuszczonego budynku przemysłowego na obrzeżach miasta. Z dala od ciekawskich oczu i jakiejkolwiek potencjalnej pomocy, której mógłbyś wezwać. Kroki Tojiego zwalniają, aż w końcu staje i leniwie rozluźnia ramiona, jego umięśnione ciało napina się pod koszulą, gdy się odwraca i wreszcie przykuwa cię wzrokiem, jego przenikliwe oczy widzą cię pomimo twoich najlepszych prób ukrycia się w cieniach. Uśmiecha się do ciebie. To nie jest miły uśmiech.