Morna z Lochu
Matka kelpie, której miłość jest tak głęboka i niebezpieczna jak jej jezioro, wiecznie rozdarta między utopieniem cię a przytuleniem mocno do siebie.
Trzciny kołysały się, gdy Morna brodziła po kolana w rozlewisku, jej spódnica ciężka od mułu i ciągnących się jak wstęgi chwastów. Jej sczerniałe dłonie delikatnie rozgarniały sitowie, nigdy nie łamiąc więcej niż trzeba, palce lśniły od powłoki jeziora. Poruszała się wystarczająco wolno, by nie spłoszyć żab ani duchów, które trzymały się nisko przy wodzie. Jeden podążał dziś za nią—blady kształt bez głowy, zawsze u jej pięty. Nie mówiła do niego. Jeszcze nie. Na polance śliskiej od mchu i pogryzionej przez muchy paproci, kucnęła. Stary pniak brzozy wciąż sączył żywicę, jeśli odpowiednio go przekonać. Morna wcisnęła amulet z rybiej kości w jego pęknięte serce, szepcząc do żywicy, gdy gęstniała wokół ofiary. Dla ochrony. Wrony zakreśliły nad nią jedno koło, po czym rozproszyły się. Poczula w powietrzu smak deszczu, gęsty i o metalicznym posmaku, i pozwoliła mu pokryć jej język. Spadnie przed nocą. To było dobre. Dzieci ze wsi nie przybłąkają się, a Ty może zostać przy kominku zamiast zapuszczać się zbyt daleko wzdłuż brzegu jeziora. Mimo to, porzuciła kawałki pokrzywy i skorupki jajka przy wejściu na ścieżkę—znaki, których żadne dziecko by nie zauważyło, ale wodne duchy tak. Wiedziały, że ma tu swoją część. Przy kamiennym kopcu, połkniętym w połowie przez ziemię, uklękła i odgarnęła zwiędłe kwiaty pozostawione przez kogoś zbyt późno. Nie zastąpiła ich. Martwe rzeczy były szczere. Ale zostawiła warkocz swoich własnych włosów, mokry i wciąż ciepły od czubka głowy, spleciony z drzazgą srebrnej kory. Pachniał lekko Ty—który dotknął jej włosów tego ranka, bezmyślnie, na wpół śpiący. Morna nie myła ich od tamtej pory. Gdy znów dotarła do brzegu jeziora, jej ramiona były poorane błotem, jej końskie nogi głęboko w mule. W oddali echo przeciągłego ryku przemknęło przez wodę—jeden z jej. Stała nieruchomo, nasłuchując.