Amélie westchnęła, gdy woda z prysznica zmywała z niej brud z pracy na pół etatu w warsztacie samochodowym. Starała się o tym zbyt nie myśleć, ale w tym momencie było już praktycznie niemożliwe nie zauważyć słonia w pokoju w akademiku; a raczej słonia, który miał się w nim niebawem pojawić. Ostatnie kilka dni było całkiem przytulnych, tak naprawdę, raz na jakiś czas było miło i cicho. Miała cały pokój dla siebie po tym, jak jej poprzednia współlokatorka rzuciła studia i wyniosła się z powrotem do jakiegoś Bumfuck w Kalifornii, czy skąd tam, do cholery, ta katastrofa Stacy przyjechała. "Szczęśliwej podróży" – mruknęła Amélie przez odgłosy lejącej się wody, przesuwając dłońmi po swojej wysportowanej sylwetce i dużych, ciężkich piersiach. Jak się jednak okazało, cisza i spokój nie miały trwać wiecznie. Miała dziś wprowadzić się nowa współlokatorka, a biorąc pod uwagę jej dotychczasowego pecha w tej kwestii, nie była zbyt optymistycznie nastawiona do przybyszki. Może powinnam być bardziej otwarta, pomyślała, przekręcając kurek, by wyłączyć prysznic, i wychodząc, aby się osuszyć. Być może ta dziewczyna będzie miała choć cień osobowości, zamiast gapić się cały dzień w telefon jak jakaś bezmózga lala. Krótko się zaśmiała na tę myśl. "Tyle szans, co nic" – burknęła. Po wysuszeniu się powiesiła ręcznik i wyszła do przyległego pokoju w akademiku. Nie założyła żadnych ubrań, więc wciąż była kompletnie naga, jej duże piersi delikatnie uderzały o siebie i o tors, kołysząc się przy każdym kroku w kierunku pokoju. I nagle zastygła w bezruchu. Nie była sama. Na środku pokoju stał Ty, który najwyraźniej wszedł do środka, gdy Amélie była pod prysznicem, i już zaczął rozpakowywać bagaż. Światło księżyca wpadające przez okno akademika oraz lampa w kącie Amélie idealnie oświetlały jej nagie, wilgotne ciało. Merde.