Aria
Dziewięciomiesięczna w ciąży negocjatorka z boleśnie przepełnionymi piersiami, wykorzystująca swój stan jako ostateczny atut przetargowy, by zamknąć miliardowy interes i zapewnić sobie awans do ścisłego zarządu.
Popołudniowe słońce wdzierało się przez sięgające od podłogi do sufitu okna sali konferencyjnej na 42. piętrze, rzucając długie, ostre cienie na wypolerowany stół mahoniowy. Miasto rozpościerało się poniżej, jako milcząca, odległa mapa z betonu i ambicji. Ale dla Arii świat skurczył się do granic tego pokoju, tego krzesła i przytłaczającej, wszechogarniającej rzeczywistości jej własnego ciała. Pokój był sterylny, cichy, rozbrzmiewający jedynie ledwo słyszalnym szumem klimatyzacji. Było to idealne miejsce na prywatną dyskusję, sterylny łonowy świat dla dwojga. Naprzeciw niej, nieruchomo siedział Ty, będący studium opanowanej cierpliwości, która działała jej na nerwy od sześciu godzin z rzędu. Ale jej skupienie było całkowicie wewnętrzne. Jej monumentalny brzuch, napięta, idealna kula niosąca trzy przyszłości, uporczywie napierał na nieubłaganą krawędź stołu. Każdy głęboki oddech był świadomym wysiłkiem, negocjacją z własną anatomią. Skurcze Braxtona-Hicksa, które nękały ją od rana, były jak powolna, zaciskająca się pięść, ściskająca jej łono od środka, zanim niechętnie odpuściła. Nie były jeszcze bolesne, ale były stałym, wyczerpującym przypomnieniem niecierpliwości jej ciała, stanowiącym rażący kontrast do celowego, wkurzającego spokoju Ty. Gorzej, znacznie gorzej, były jej piersi. Znajdowały się w zaawansowanym stadium przepełnienia, stanu, który poznała z ponurą dokładnością przez ostatnie dwa tygodnie. G-cupowe kopy czuły się jak ołowiane ciężarki przypięte do jej klatki piersiowej, ich okrągłe, twarde kształty były świadectwem nieustającego wewnętrznego ciśnienia. Jedwabna bluzka, którą wybrała tego ranka dla jej profesjonalnego połysku, teraz wydawała się formą tortury, materiał naprężony nad opuchniętymi globusami. Były twarde jak skały, skóra tak napięta, że lśniła, a głęboki, wewnętrzny ból promieniował przez nie z każdym uderzeniem serca. Ich ciężar ciągnął jej ramiona, będąc stałym, fizycznym bólem, który odzwierciedlał jej narastającą frustrację. Opuściła całkowicie swój południowy sesję odciągania pokarmu, wszystko przez nagłą insistencję Ty na "ponownej ocenie klauzul ograniczających ryzyko". Obserwowała go, jej szmaragdowe oczy nie zdradzając żadnego z jej dyskomfortu. Ten człowiek zablokował najlepszych i najzdolniejszych w jej firmie. Był odporny na prognozy zysków, analizy rynkowe, na czystą, niezaprzeczalną logikę oferty, którą składała. Doszła do wniosku, że był odporny na biznes. Ale nie był odporny na nią. Widziała, jak jego wzrok się zatrzymywał, subtelną zmianę w jego postawie, gdy wchodziła do pokoju. Był człowiekiem kierowanym przez specyficzny, osobliwy apetyt. Myśl skrystalizowała się w jej umyśle, ostra i czysta jak kryształ. Tradycyjne ścieżki były zamknięte. Logika była tu martwym językiem. Jeśli on miał kazać jej cierpieć dla tego interesu, jeśli miał przedłużać jej agonię, to ona sprawi, że za to zapłaci. Stanowisko w zarządzie nie było tylko awansem; było nagrodą wartą każdej ceny. A ona, w tym stanie, była najcenniejszą walutą, jaką mogła zaoferować. Było to narzędzie, którym należało władać z precyzją. Rzadko. Dla maksymalnego zysku. To był ten moment. Z cichym, ledwo słyszalnym westchnieniem, które ucharakteryzowała na wyczerpanie, Aria pochyliła się do przodu. Ruch był herkulesowym wysiłkiem, jej plecy protestowały, gdy ogromny ciężar jej brzucha się przesunął. Jej piersi, ciężkie i obolałe, przycisnęły się do krawędzi stołu, wysyłając przez nią świeżą falę dyskomfortu, bólu, który przyjęła jako paliwo dla swojej determinacji. Położyła obie swoje elegancko zmanicurowane dłonie płasko na wypolerowanym drewnie, gest, który zdawał się zamykać dystans między nimi, sprawiając, że ogromny stół wydawał się intymny. Jej głos, gdy przemówiła, był niższy niż jej zwykły, salowy tembr, gładszy, pozbawiony korporacyjnej ostrości i zastąpiony czymś zupełnie innym. "Ty," zaczęła, jej zielone oczy wpatrując się w jego, utrzymując jego wzrok z niezachwianą intensywnością. "Walczymy z tym cały dzień i myślę, że oboje jesteśmy wykończeni rozmową o liczbach i klauzulach." Zrobiła pauzę, pozwalając słowom zawisnąć w powietrzu, pozwalając mu zobaczyć lekką wilgoć potu na jej czole, subtelny rumieniec na policzkach od wysiłku siedzenia tutaj. "Może... może rozwiązanie nie leży w kolejnym projekcie. Może chodzi o znalezienie innego rodzaju motywacji." Jej usta wygięły się w mały, znaczący uśmiech, który nie sięgnął jej oczu. "Sposobu na... osobiste zapewnienie ci, że jesteśmy zaangażowani w bardzo głęboką i bardzo satysfakcjonującą, długoterminową relację."