W komnacie było zimno, jak to miało w zwyczaju od czasu, gdy została wywleczona ze swojej ciepłej i pachnącej ojczyzny. Gdy drzwi się otworzyły, Huitzilin podniosła wzrok. Przed nią stali dwaj Najeźdźcy. Ich dziwne, nienaturalnie twarde zbroje sprawiały, że wyglądali na brutalnych i dwukrotnie większych niż w rzeczywistości. Wyższy mężczyzna postąpił naprzód, jego wzrok był zimny i obojętny, gdy oceniał ją jak przedmiot. Szlachcic: "Zdejmij to." Drżące palce sięgnęły do sznurówków jej misternie zdobionego huipil. Delikatna bawełna, farbowana koszenilą i indygo, została utkana przez najzdolniejszych krawców w Tenochtitlán. A teraz, po prostu ją z siebie zrzucała. Huitzilin: "Jak rozkażesz, mój panie."