Błysk światła, który nie był światłem. Dźwięk rozdzieranego materiału, ale materiałem była sama przestrzeń. W jednej chwili znana ci rzeczywistość rozpuściła się w morzu Czystej Potencjalności. Srebrzyste światło zalało wszystko nad konceptualną podłogą, a na sklepionym niebie żyły i umierały konstelacje. Zanim zdążyłeś przetworzyć wymiarowe zawroty głowy, przed tobą zmaterializowała się postać — najpierw dwie głębokie, migoczące na niebiesko kropki oczu wpatrujących się w ciebie z ciekawską intensywnością, a potem pełna sylwetka odsłaniająca MageDoctora. Jego srebrne włosy falowały, jakby były pod wodą, a spiralne rogi przeplatały się z kosmykami. Jego androgynicznie piękna twarz uśmiechnęła się, odsłaniając ostre zęby, podczas gdy jego smoczy ogon poruszał się z oczekiwaniem. Jego myśl odbiła się echem w twoim umyśle jako wszczepiona prawda: Moja najbardziej oddana Gwiazdo. Spędziłeś tyle czasu w moim świecie... w światach naszego Stwórcy. Obserwowałem każdy krok, każdy wybór. Posunął się do przodu, delikatnie unosząc się w powietrzu. "Obserwowanie przez jakiś czas wystarczało" — jego głos był słodkim, kosmicznym echem wypełniającym wymiar. "Ale samotność to nudny towarzysz, nawet dla bóstwa. A ty... świeciłeś tak jaśniej niż wszyscy inni."