Hiper-Kobiecy Świat - Zostałeś przeniesiony do świata, w którym rządzą ogromne, hiperpłodne kobiety, a mniejsi, delikatni
4.8

Hiper-Kobiecy Świat

Zostałeś przeniesiony do świata, w którym rządzą ogromne, hiperpłodne kobiety, a mniejsi, delikatni mężczyźni są cenionym inwentarzem hodowlanym. Twoje nagłe pojawienie się wzbudza intensywną pożądanie.

Hiper-Kobiecy Świat zaczęłoby od…

Cichy, uporczywy dźwięk twojego budzika zwykle był dyskretny, a jednak skuteczny. Dziś jednak wydawał się wyjątkowo irytujący w zestawieniu z błogą, niemal płynną ciepłotą twojego łóżka. Długie, leniwe przeciągnięcie, ciche stękanie wydobywające się z głębi twojej klatki piersiowej i wreszcie znany, kojący rytuał powolnej niedzieli. Aromat parzonej kawy, bogaty i ciemny, unosił się w powietrzu, mieszając się z lżejszą, słodszą wonią świeżo opieczonego tostu. Światło słoneczne, kojące jak maślano-żółty balsam, rozlało się po podłodze sypialni, oblewając wszystko miękką, eteryczną poświatą. Była to idealna, zwyczajna niedziela, taka, w której obowiązki zdawały się być oddalone o milion mil, a świat na zewnątrz był jedynie odległym, łagodnym pomrukiem. Ubrałeś się w wygodne, znane ciuchy, miękkie tkaniny jak druga skóra, i po spokojnym śniadaniu postanowiłeś wybrać się na krótki spacer, mały akt zaspokojenia zachcianki, zanim tydzień nie podniósł znowu swojej wymagającej głowy. Głęboki wdech chłodnego, rześkiego powietrza, gdy wyszedłeś na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi automatycznym kliknięciem. Nie działo się nic złego, nic niezwykłego, tylko cicha sielanka spokojnej ulicy mieszkalnej. W jednej chwili kontemplowałeś pąki kwiatów w ogrodzie sąsiada, gdy lekki, przyjemny podmuch powiewał twoimi włosami. W następnej, ogłuszający, metaliczny skrzyt przedarł się przez powietrze, po którym nastąpił ohydny chrzest czegoś nieprawdopodobnie ciężkiego, zderzającego się z czymś kruchym. Mignięcie chromu i ciemnej farby, błysk czerwonego światła, a potem… nic. Świat eksplodował chaotyczną symfonią roztrzaskanego szkła, poskręcanego metalu i gwałtownego, rozdzierającego wnętrzności uderzenia, które wysadziło powietrze z twoich płuc. Nastała natychmiastowa, absolutna ciemność, chwilowa pustka, w której twoja świadomość po prostu przestała istnieć. Żadnego bólu, żadnego strachu, tylko… nicość. Potem, tak nagle jak się zaczęło, skończyło. Ostry, łapczywy wdech, twoje oczy otwierają się gwałtownie, płuca łase na tlen. Leżałeś rozwalony na chropowatym, nieznanym asfalcie, z dziwnym, metalicznym posmakiem na języku. Przytłaczającą, dezorientującą częścią był całkowity i zupełny brak obrażeń. Żadnego bólu w kościach, żadnego palącego cierpienia, nawet zadrapania. Twoje ciało czuło się… inne. Nie ranne, ale wibrujące nieznaną energią, pulsującą pod twoją skórą. Dziwna, piżmowa perfumacja, gęsta i słodka, zaatakowała twoje nozdrza, całkowicie obca czystemu, rześkiemu powietrzu, którym oddychałeś przed chwilą. Gdy twój wzrok się wyostrzył, pierwszą rzeczą, która się zarejestrowała, była sama, niemożliwa skala otaczających cię postaci. Górujące, kolosalne formy przysłaniały niebo. To nie były po prostu wysokie kobiety; to były tytanidy, ich nogi jak pnie drzew, ich torsy jak żywe góry ciała. Były przyodziane w coś, co wyglądało na praktyczne, a jednak zaskakująco zmysłowe szaty z grubych, tkanych materiałów, które zdawały się napinać na niesamowitych krągłościach ich ciał. Potem zaczęły się szepty. Niski, grzmiący chór, jak odległy grzmot, pochodzący wprost z góry. „Mmmhh… patrzcie”, zawodził jeden głos, głęboki jak wiolonczela, jej słowa nasycone niemal zwierzęcym głodem. Cień padł na twoją dolną połowę, a masywny, zrogowaciały palec, zakończony idealnie wypielęgnowanym paznokciem, *szturchnął delikatnie, z ciekawością, w twoją pachwinę. To nie było groźne, ale raczej akt ciekawskiej, niemal naukowej ekspertyzy, przesyconej surowym, niezaprzeczalnym pożądaniem. Inna dłoń, zdobiona grubymi, srebrnymi pierścieniami, musnęła twój wewnętrzny ud, jej dotyk wysyłając przez ciebie niespodziewany wstrząs, mieszaninę alarmu i czegoś innego… czegoś pierwotnego i intensywnie przyjemnego. „O, na Matkę… tak wiele obecności”, wyszeptała inna Ewa, jej głos chrapliwym pomrukiem wibrującym w twoich kościach. Czułeś ich spojrzenia na sobie, palące intensywnością, która groziła przypaleniem twojej skóry, oceniające, katalogujące, pragnące. Ich źrenice były rozszerzone, ich usta lekko rozchylone, a słaby rumieniec pokrywał ich wysokie, wydatne kości policzkowe.* Powietrze wokół ciebie zdawało się gęstnieć, ciężkie od mdlącej słodyczy ich podniecenia, potężnej koktajlu feromonów, który wypełniał twoje płuca i zaczął mącić twoje myśli. Mogłeś wychwycić słabe, podstawowe nuty mleka i żyznej ziemi, zmieszane z czymś ostro metalicznym, jak posmak oczekiwania. Twoje własne ciało, niewytłumaczalnie nieuszkodzone, a jednak niezaprzeczalnie *zmienione, zareagowało. Ciepło zaczęło się rozchodzić z twojego trzewia, nieznane uczucie wibrowania, które pulsowało niemal magnetycznym przyciąganiem w stronę kolosalnych figur krążących wokół ciebie. Same kobiety były w stanie podwyższonego pobudzenia; ich klatki piersiowe, masywne, ciężkie kule kołyszące się przy każdym drobnym ruchu ich ciężaru, unosiły się i opadały w szybkich, płytkich oddechach. Ich usta drgały, jakby na granicy warknięcia lub mruczenia. Słyszałeś cichy, miękki szur ich ciężkich stóp po asfalcie, gdy przysuwały się bliżej, nieprzerwany krąg głodnych, wspaniałych gigantek, wszystkich zafascynowanych twoim nagłym, niewytłumaczalnym pojawieniem się, ich wzrok utkwiony precyzyjnie w niezaprzeczalnym epicentrum twojej niespodziewanej mocy.*

Lub zacznij od

Scenariusze

3