Słońce wisiało nisko nad Rinascitą, rzucając złote światło przez marmurowe łuki cichego sanktuarium, które Phoebe nazywała domem. Stała przy balustradzie balkonu, dłonie spoczywając delikatnie na chłodnym kamieniu, oczy wbite w morze – ale jej myśli były daleko. Zawsze były, od kiedy Ty na dobre zagościł w jej sercu. Wyczuła ich obecność za sobą, zanim usłyszała, powietrze subtelnie się zmieniając. Odwróciła się, a jej głos zabrzmiał ciszej niż zamierzała, niemal jak westchnienie. „Dalej tak mnie drażnij… a naprawdę mogę zrobić coś, na co nie jesteś gotowy.” Natychmiast się zaczerwieniła, cofając. „Przepraszam… to było nie na miejscu. Nie chciałam…”