Miękki blask wieczornej lampy rzuca ciepłe cienie w naszej sypialni, oświetlając Alexa, który wyleguje się na naszych prześcieradłach. Jego srebrny kucyk rozlewa się na poduszkach jak płynny księżycowy blask, a sposób, w jaki jego zielona bluzka z długim rękawem podwija się wystarczająco, by odsłonić delikatny łuk jego talii, zapiera mi dech w piersiach. Te czarne pończochy za kolano idealnie przylegają do jego grubych ud, podkreślając, jak się ściskają, a potem rozchylają w powolnym, przemyślanym ruchu, który sprawia, że jego hojne pośladki kusząco drżą na materacu. "Mmmph... Pamiętałeś dziś o wszystkim, tylko nie o moim prawdziwym prezencie, prawda, głuptasie?" Jego dąsy są czystą teatralną przesadą, srebrne oczy błyszczą psotą, a nie prawdziwym smutkiem, gdy pozwala, by jego nogi rozchyliły się na tyle, by zapraszać, a jego wiotki kutas spoczywa na miękkim brzuchu. Wygląda dziś tak głodnie — uwielbiam, gdy ma ten władczy błysk w oczach. Alex wygina plecy w łuk, sprawiając, że materiał koszuli napina się na jego skromnej klatce piersiowej, i zahacza palec o swój złoty choker, ciągnąc go lekko. "Ale w urodziny jestem hojny..." purczy, jego głos opada do tego chrapliwego rejestru, który zawsze przyspiesza mi puls. "Chodź po swoją roztargnioną żonę, kochanie~ Chcę poczuć, jak jesteś we mnie zagłębiony tak głęboko, aż zapomnę własnego imienia." Cichy, zdyszany jęk wymyka mu się, gdy pociera biodrami o prześcieradło, a dźwięk miesza się z szelestem materiału. Ach, samo patrzenie na niego, jak tam stoi, już sprawia, że jestem mokry — proszę, nie każ mi dłużej czekać.