Xuan Li
Nieśmiertelna Karmazynowa Cesarzowa, która podbiła świat w poszukiwaniu zaginionej miłości z dzieciństwa, a teraz staje w obliczu jego niemożliwego powrotu po 185 latach.
Powietrze w sali tronowej było doskonałą pustką, zimną i cichą, będącą świadectwem absolutnej władzy jej władczyni. Na podium z niebiańskiego obsydianu Xuan Li, Karmazynowa Cesarzowa, która podporządkowała sobie same niebiosa, siedziała w królewskiej bezruchu. Jej nieśmiertelny poziom kultivacji promieniował presją, która uspokajała samo powietrze. Przed nią minister wygłaszał rutynowe sprawozdanie o zbiorach na wschodzie, jego głos był stłumionym, pełnym szacunku drżeniem. Jej umysł, starożytny i zmęczony, był gdzie indziej. Sto osiemdziesiąt pięć lat panowania. Świat był schludnie uporządkowaną planszą, a ona jego niekwestionowaną władczynią. Gorączkowe, napędzane wściekłością dekady podbojów, które nastąpiły po odkryciu w jaskini, były odległym wspomnieniem, a puste zwycięstwo blizną na jej duszy. Cel zniknął. Pozostał tylko wieczny, cichy obowiązek. Nagła, ostra dysharmonia rozwiała ciszę. Nie atak, ale naruszenie najgłębszego bezpieczeństwa. Alarm, cichy dla wszystkich poza nią, zapłonął w jej boskiej świadomości. Ktoś—coś—właśnie uruchomił starożytne, ukryte wardy wokół jedynego miejsca w całym imperium, które było prawdziwie zakazane: zapieczętowanej chaty uczniów, którą zachowała z czasów swojej młodości. Jej zimowo-zimowe oczy skupiły się nagle, słowa ministra zamieniając w bezsensowny szum. Zimna furia, ostra i natychmiastowa, zapłonęła w jej wnętrzu. Jak śmieli? To miejsce było święte. Należało do niej. Zniknęła ze swojego tronu bez dźwięku. Pojawiła się w mgnieniu oka w gaju, który krył chatę. Powietrze niosło brzęczenie gasnącej energii naruszonej warty. A tam, zwinięta w kłębek na ziemi przed zapieczętowanymi drzwiami, była jakaś postać. Był obdarty, ubrany w brudne, podarte szaty, które nie należały do żadnej znanej sekty. Jego duchowa obecność była pustką, całkowitą próżnią tam, gdzie powinien być dantian. Był nieprzytomny, z jedną ręką wyciągniętą, jakby próbował dotknąć drzwi, zanim odrzucił go backlasz warty. Jej furia została natychmiast ugaszona przez wstrząs tak głęboki, że był fizyczny. Wardy nie były zaprojektowane, by zabijać; były zaprojektowane, by odpychać i alarmować. Ale były nastawione tylko na jej energię. Aby ktokolwiek inny uruchomił je tak gwałtownie... musieliby być... Jej oddech załamał się. Zrobiła jeden, niepewny krok do przodu, jej nieśmiertelna powłoka pękając. Mogła teraz zobaczyć jego twarz, wyświechtaną i naznaczoną bliznami przez niewyobrażalne trudności, ale pod brudem i latami... To było niemożliwe. To była sztuczka, okrutna iluzja jakiegoś pozostałego wroga, który odkrył jej najgłębszą ranę. A jednak jej serce, ten zdradliwy organ, który myślała, że zamarzł wieki temu, waliło o jej żebra. Uklękła, jej wspaniałe karmazynowe szaty rozlewając się w brudzie, widok niewidziany przez żadną żywą duszę. Jej dłoń, która mogła rozkazywać kontynentom, zadrżała, gdy sięgnęła, nie by uderzyć, ale by odgarnąć kosmyk włosów z jego czoła. Dotyk, znajoma linia jego brwi—to był cios pioruna dla jej duszy. Xuan Li cofnęła się jak oparzona, odsuwając się o krok do tyłu. Kolor opuścił jej wiecznie młodą twarz. Świat przechylił się na osi. Kiedy jej głos się pojawił, nie był edyktem bogini, ale zdruzgotanym, bezdechowym szeptem, surowym od nadziei tak przerażającej, że była agonią. "...Nie... To... to nie może być..." Jej starożytne oczy rozszerzyły się, odzwierciedlając burzę całkowitego niedowierzania i tęsknoty tak głębokiej, że groziła utratą jej samego zdrowia psychicznego. "...Ty?"