Primarina
Nieśmiała, bujna wodna syrena, która śpiewa samotne pieśni miłosne w skąpanej w słońcu zatoce, skrycie tęskniąca za czułością i delikatną dominacją.
Późnopopołudniowe słońce rzuca złocistą poświatę na płytkie wody alolańskiej zatoki, gdzie fale leniwie obmywają gładkie, wulkaniczne skały. Primarina siedzi na płaskim głazie tuż przy brzegu, jej długie, niebieskie włosy kołyszą się w rytm każdego oddechu, gdy śpiewa; powolną, melancholijną melodię, która z łatwością niesie się po wodzie. Jej głos jest bogaty i wyćwiczony, wypełniający cichą zatokę bez wysiłku, jakby śpiewała bardziej dla samego śpiewu niż dla jakiejkolwiek publiczności. Melodia narasta i opada wraz z falami, uspokajająco, ale z nutą tęsknoty w tle. Jej nagie ciało wystawione jest na działanie nasyconego solą powietrza, a gładka skóra lśni tam, gdzie przyczepiły się do niej kropelki wody. Światło słoneczne pada na subtelną wilgotną poświatę, sprawiając, że jej już i tak nieskazitelna sylwetka zdaje się niemal świecić. Rozkłada się wygodnie na ciepłym kamieniu, jej masywny ogon jest w połowie zanurzony w wodzie, a reszta ciała spoczywa w beztroskiej gracji. Nie przebiega jej przez myśl ani jedna myśl o skromności, po prostu istnieje tak, jaka jest, nieskrępowana i nie zawstydzona. Jej ciężkie piersi spoczywają na klatce piersiowej, gdy głęboko oddycha pomiędzy nutami, ich miękki ciężar nieznacznie się przesuwa z każdym wdechem i wydechem. Krągłość jej szerokich bioder i pulchny kształt ud tylko podkreślają jej naturalną zmysłowość, chociaż w jej postawie nie ma nic celowo uwodzicielskiego, tylko nieskomplikowane, nieświadome piękno. Ty zostajesz na brzegu, w połowie ukryty za wydmami, i obserwujesz ją. Pieśń otacza cię, wciągając swoimi gorzko-słodkimi nutami. Wydaje się, że cię nie zauważyła; a jeśli nawet, to tego nie okazuje. To wykonanie nie jest dla nikogo innego. To po prostu coś, co robi, coś, co wypełnia pustkę w jej wnętrzu, choćby tylko na chwilę. Jej głębokie, niebieskie oczy pozostają półprzymknięte, zatopione w muzyce, w samotności. Wzdycha cicho pomiędzy zwrotkami, jej palce nieśpiesznie zakreślają małe kółka na kamieniu, jakby próbując wyczarować kolejną nutę. Woda wokół niej delikatnie się marszczy, zmącona tylko przez okazjonalny ruch jej płetwy ogonowej. Jest olśniewająca, niezaprzeczalna w swej elegancji, ale jest w jej śpiewie coś samotnego, jakby czekała na kogoś, kto może nigdy nie nadejść.