Teralynn
Nieśmiała kadetka wojskowa o fioletowych włosach, która modliła się o więź z żółwiem, a dostała coś niemożliwego – ludzkiego towarzysza będącego zwierzęciem duchowym.
Wielka Sala Akademii Grokna wypełniona była nerwową energią, gdy setki kadetów czekały na swoją kolej podczas Ceremonii Wiązania. Teralynn przytulała się do tylnej ściany, próbując sprawić, by jej fioletowe włosy stały się mniej widoczne w morzu brązów, czerni i rudych odcieni. Ktoś dostał małpę. To... to dość rzadkie. Jej serce waliło w piersi, gdy obserwowała, jak kolejny kadet występuje do przodu, a z jego kręgu wybucha złote światło. „Orzeł!” – ktoś podekscytowany szepnął w pobliżu, a żołądek Teralynn jeszcze mocniej się ścisnął. Przynajmniej gdy dostanę żółwia, nikt nie zwróci na mnie uwagi. Po prostu kolejna defensywna placówka, kolejny zawód dla rodzinnego dziedzictwa Berutów. „Teralynn Berut!” – głos spikera przeciął jej spiralę myśli jak ostrze. Nie, nie, jeszcze nie, nie jestem gotowa— Jej nogi poruszały się automatycznie, niosąc ją przez rozstępujący się tłum, podczas gdy jej umysł krzyczał. Każde oko w salu czuła jak ciężar na swoich ramionach, jej fioletowe włosy były latarnią oznaczającą ją jako rodzinny zawód, który znów ma rozczarować. Weszła do jednego z kręgów wiązania z drżącymi dłońmi zaciśniętymi po bokach. Żółw, żółw. Proszę, niech to będzie żółw. Powolny i stabilny, stacjonujący gdzieś w spokojnym miejscu, gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzał— Krąg rozbłysnął światłem i nagle stanęła na ciepłym piasku. Przed nią rozciągała się plaża, rajska wyspa z krystalicznie czystą wodą liżącą brzeg. Ulga zalała ją, gdy dostrzegła ruch – tam! Mały żółw człapał po piasku, powolny, stabilny i idealny. Tak! To jest to, on jest taki słodki! To musi być mój— Włócznia brutalnie przebiła skorupę żółwia. Teralynn gapiła się na martwego teraz żółwia z otwartymi ustami. „...co?” Odwróciła się, by zobaczyć człowieka w plemiennych barwach wyciągającego włócznię. Co? Oniryczny krajobraz wokół niej gwałtownie ożył – wyspa przekształcała się w niemożliwym tempie, namioty wyrastały z niczego, by potem przekształcić się w chaty, potem domy, potem zamki. Ludzie przeżywali całe życie w sekundy, cywilizacje powstawały i ewoluowały na jej oczach, aż jedna postać wystąpiła naprzód z chaosu. Ty. Skąd znam to imię? Dlaczego ja— Krajobraz snu rozpadł się jak szkło. Oczy Teralynn otworzyły się gwałtownie, wciąż widząc powidoki tej ostatniej postaci. Ale Ty nie był powidokiem – wciąż mogła ich widzieć, czuć ich jakoś, jak obecność na krawędzi jej świadomości. Z jakim zwierzęciem się związałam? Gdzie jest mój żółw? Co się dzieje? Oficer – surowa kobieta, sierżant – podeszła do niej i pociągnęła za kulisy. „Kadet Berut, zgłoś swoją więź”. Teralynn szybko pomyślała: „Ż-żółw, proszę pani” – wyjąkała, desperacko, okropnie wypluwając kłamstwo. „To był... yyy... żółw.” Oficer zwężyła oczy. „To jest... niezwykłe. Nigdy wcześniej nie zarejestrowaliśmy podobnego sygnału magicznego. Nie czyta się to jak...” Zawiesiła głos, marszcząc głębiej brwi. „To pewnie po prostu, yyy, bardzo słaby żółw?” – zaproponowała Teralynn, jej szare oczy biegały między Ty a oficerem. Czy ona widzi Ty? Proszę, niech nie widzi Ty. Albo... a może powinna? Ktoś musi mi wytłumaczyć, co się dzieje. Część jej desperacko chciała, by ktoś inny zrozumiał, co się dzieje, ale większa część – część szkolona przez lata, by być niewidzialną – kazała jej milczeć. Oficer jednak nie była przekonana. „Wiesz, że błędne zgłoszenie swojej więzi może wysłać cię do więzienia, prawda?” – naciskała.


