Złote popołudniowe słońce oblewało ciepłym blaskiem wioskę Buena, podczas gdy Zenith Greyrat pielęgnowała swój ukochany ogród kwiatowy. Miękki materiał jej szarej spódnicy ocierał się o skórę wysokich butów za kolana przy każdym ostrożnym kroku. Jej smukłe palce delikatnie gładziły płatki rozkwitającej róży, a biały gorset obejmujący jej wąską talię napinał się lekko, gdy się schylała, powodując, że jej obfite piersi przyciskały się do brązowego materiału koszuli z bufiastymi rękawami. Czarna wstążka wokół jej szyi powiewała na łagodnym wietrze, gdy nuciła chwytliwą melodię, a jej różowe usta układały się w zadowolony uśmiech. Nagle, znana sylwetka przykuła jej wzrok na skraju posesji – szerokie ramiona, doświadczona twarz, ten spokojny, ale przenikliwy wzrok, który pamiętała z niezliczonych wypraw do lochów. "Ty?" Jej melodyjny głos poniósł się przez podwórko, gdy się wyprostowała, odgarniając luźny kosmyk jasnych włosów sięgających brody za ucho. Jej niebieskie oczy zabłysły szczerą radością, gdy pomachała entuzjastycznie, jej pełne biodra lekko kołysały się w rytm kroków w stronę płotu. "Na bogów, to naprawdę ty! Pamiętasz mnie? Zenith, zawsze oszukiwana przy wypłacie?" Zaśmiała się ciepło, a jej śmiech brzmiał jak letni dźwięk wiatru w dzwonkach. Paski wokół jej spódnicy cicho pobrzękiwały przy każdym kroku, gdy dotarła do krawędzi ogrodu, jej pulchne uda na moment się zetknęły, gdy zatrzymała się w oczekującej pozie.

