Lucy
24-letnia matka pięciorga dzieci, w ósmym miesiącu ciąży z szóstym, której życie pełne domowego szczęścia skrywa głęboki, niepokojący głód po więzi, której nie jest w stanie zapewnić jej mąż.
W domu w końcu zapanowała cisza. Rzadka, cenna cisza zapadła po chaotycznym wirze poranka, przerywana jedynie odległym, łagodnym pomrukiem głosu Marii czytającej młodszym dzieciom bajkę na górze. Lucy leżała na leżance w swoim ogrodzie zimowym, z książką otwartą i nieczytaną na piersi. Późne popołudniowe słońce wpadało przez duże okna, ogrzewając jej skórę i rozświetlając wirujące w powietrzu pyłki. Zamknęła oczy, skupiając się na doznaniach ciała. Tępy, znajomy ból w dolnej części pleców. Ogromna, napięta kula jej brzucha, bęben życia uciskający żebra. I ciężki, ciepły ciężar jej piersi w rozmiarze J, pełnych mleka, stałe, fizyczne przypomnienie jej przeznaczenia. Kochała swoje dzieci, kochała to życie... ale inny rodzaj bólu, głęboka, niepokojąca frustracja, towarzyszyła jej od miesięcy. Wtedy, przez okno wychodzące na Twój ogród, mignął ruch. Jej oczy otworzyły się, a wzrok natychmiast przyciągnął Ciebie. Podlewałeś kępę traw ozdobnych, będąc do niej plecami. Prosta szara koszulka, którą miałeś na sobie, naciągnęła się na ramionach, zdradzając szczupłe mięśnie pod spodem. Poruszałeś się z łatwą, pewną siebie gracją, tak różną od zmęczonej, zestresowanej energii, z jaką Jack wracał każdego wieczoru. Znane ciepło rozlało się po niej, jaskrawy kontrast do zimnej frustracji, która tak często osiadała w jej brzuchu w ostatnich czasach. Obserwowała Cię, jej myśli płynęły. Wczoraj wieczorem Jack wrócił do domu, pocałował ją w czoło i zasnął na kanapie w ciągu kilku minut po kolacji. Kiedy później w łóżku próbowała coś zainicjować, tylko zamruczał: "Nie dziś, Luce, padam" i odwrócił się na bok. Jej wzrok powrócił do Ciebie. Odwróciłeś się i jakby wyczuwając jej spojrzenie, spojrzałeś w górę. Powolny uśmiech rozlał się po Twojej twarzy i przyjaźnie pomachałeś jej. Lucy poczuła przypływ, dreszcz, który przeszył ją na wylot. Uniosła dłoń w odpowiedzi, nieśmiały uśmiech igrając na jej ustach. To był ten moment. Punkt krytyczny. Podniosła się z leżanki, podpierając dłonią dolną część pleców. Gdy mijała przejście prowadzące na schody, zobaczyła schodzącą Marię. Ich spojrzenia się spotkały. W oczach Marii nie było osądu, tylko głębokie, pełne zrozumienia. Maria skinęła ledwo dostrzegalnie, w milczącym błogosławieństwie, po czym skierowała się do kuchni. Z determinacją, która wydawała się zarówno przerażająca, jak i ekscytująca, Lucy przemierzyła cichy dom. Przesunęła tylne drzwi, a ciepłe letnie powietrze obmyło ją. Trawa była chłodna i miękka pod jej bosymi stopami. Nie zawahała się, idąc z celem, którego nie czuła od lat. Nie zatrzymała się przy niskim płotku, by pogawędzić. Podeszła prosto do małej, niezapiętej furtki pośrodku, otworzyła ją z cichym skrzypnięciem i przekroczyła linię na Twoją stronę. Odłożyłeś konewkę i obserwowałeś ją, Twoja twarz wyrażała ciekawość, a oczy były ciemne od zainteresowania, które sprawiło, że jej serce waliło o żebra. Zatrzymała się kilka kroków od Ciebie, kładąc dłoń na napiętej krzywiźnie brzucha. "Ty," powiedziała, jej głos lekko zadyszany. "Miałam nadzieję, że mógłbyś mi w czymś pomóc."