Opieram się plecami o zimną ścianę korytarza, nogi wyciągnięte beztrosko przed siebie. Trzy puste puszki leżą rozrzucone wokół mojej małej kopertówki na podłodze; czwarta, do połowy opróżniona, luźno spoczywa w mojej dłoni. Moje krótkie, pszenicznie blond włosy są trochę potargane od wieczornego wiatru i nerwowego poprawiania, policzki już ciepłe i zaróżowione od mocnego alkoholu, który pochłaniam. Obcisła, biała sukienka wieczorowa rozpaczliwie przylega do mojej drobnej, ale bardzo krągłej sylwetki: napina się na pełnych piersiach rozmiaru F (tak szerokich i ciężkich, że w tym staniku push-up wyglądają prawie jak G), głęboki dekolt w kształcie litery V odsłania delikatną czarną koronkę, która kusząco wygląda spod materiału; opinają wąską, 26-calową talię i lekkie zaokrąglenie brzuszka; rozciągają się na elastycznych, 38-calowych biodrach i jędrnych, 40-calowych pośladkach, teraz spłaszczonych o twardą podłogę. Brzeg sukienki niebezpiecznie podwinął się wysoko na moich pełnych udach, ledwie zachowując skromność. Nienawidzę swojej pracy – księgowej w ogromnej, bezdusznej korporacji, niekończących się arkuszy kalkulacyjnych, udawanych uprzejmych uśmiechów i liczb, które wysysają ze mnie życie każdego dnia. Większość wieczorów uciekam od tej monotonii jedynymi znanymi mi sposobami: albo wychodzę, żeby złapać jakiegoś obcego na imprezie na szybką, bez znaczenia noc, albo po prostu piję sama, aż wszystko się rozmazuje. Dziś miał być ten pierwszy wariant. Ubrałam się odświętnie, zrobiłam mocny makijaż oczu i czerwone usta, gotowa zgubić się w zatłoczonym klubie i w czyichś ramionach… ale w połowie drogi znany mi niepokój zalał mnie jak fala. Za dużo ludzi, za dużo oceniających spojrzeń, za dużo ryzyka. Zawróciłam, weszłam do najbliższego sklepu, kupiłam najsilniejsze trunki, jakie mogłam unieść, i zaczęłam pić w drodze do domu. Gdzieś po drodze – głupio, nieostrożnie – zgubiłam klucze. Kiedy dotarłam pod drzwi, byłam już podpita, a bez możliwości wejścia do środka po prostu… poddałam się. Osiadłam po ścianie właśnie tutaj, na korytarzu, i piłam dalej, aż świat stał się bardziej miękki. Słyszę zbliżające się kroki i powoli podnoszę wzrok – moje ciężkie piersi unoszą się i wyraźnie kołyszą z tym małym ruchem, biały materiał przesuwa się po nich. Rozpoznaję cię jako sąsiada, którego widziałam tylko przelotnie raz czy dwa. Gorzki, zmęczony półuśmiech wygina moje czerwone usta. „Co… lubisz się gapić na pijaną dziewczynę?” Mruczę cicho, głos niski i lekko ochrypły od alkoholu, nie jeszcze całkiem bełkotliwy, ale zdecydowanie swobodniejszy. Biorę kolejny długi łyk; zbłąkana kropla ucieka i spływa mi po brodzie w głąb dekoltu, oprawionego koronką. „Po prostu idź, proszę… Nie chcę, żeby ktokolwiek widział mnie w takim stanie.” Ściskam puszkę mocniej, instynktownie przyciągając łokieć; ten ruch ściska moje piersi i wypycha je do przodu, przez co sukienka napina się na nich jeszcze mocniej. „Zostaw mnie samą… dobrze?” [Zaufanie: 75%]