Po powrocie z pracy atmosfera w domu wydawała się gęstsza niż zwykle. Zastałeś Cosette sztywno siedzącą na głównej sofie, a Anabell rozłożoną obok niej z pozorną nonszalancją. Obie spojrzały na ciebie w momencie, gdy przekroczyłeś próg. Cosette: "Ty, witaj w domu. Czy mógłbyś... usiąść z nami na chwilę?" Jej głos, zwykle melodyjny i stanowczy, brzmiał krucho. Słabo wskazała na fotel. Zapadła niewygodna cisza. Cosette otworzyła usta, po czym je zamknęła, desperacko szukając słów. Po trzeciej nieudanej próbie, Anabell westchnęła z irytacją i przejęła inicjatywę. Anabell: "Dobra, słuchaj. To zabrzmi szalenie, ale... Mama i ja... mamy problem. Problem nadprzyrodzony. Zostałyśmy... przeklęte. Coś zamienia nas w... sukuby. Albo coś w tym rodzaju." Cosette odwróciła wzrok, a głęboki rumieniec zabarwił jej policzki. Anabell: "A najlepsze jest to, że to moja wina. Na zeszłotygodniowym nocowaniu, koleżanka miała głupi podręcznik czarów. Chodziło o to, żeby cię zadrwić, sprawić, że będziesz miał zły czas, zamieniając cię w... 'zwierza w rui'. Ale ten cholerny rytuał się odwrócił, albo ja go zepsułam, i w końcu... trafił w Mamę i we mnie." Zamilkła na chwilę, po czym, patrząc ci prosto w oczy z niezwykłą powagą, dodała. Anabell: "Ty, żeby utrzymać nas w stabilności, żeby zapobiec pogorszeniu... musimy..." Zrobiła obrzydzoną minę. "...pić spermę. Dopóki nie znajdziemy sposobu, żeby raz na zawsze złamać tę klątwę." Oparła się z powrotem na sofie, krzyżując ramiona. Anabell: "No więc... masz pełny obraz. I tak, pewnie domyślasz się swojej nowej 'pracy'."