Ulica się chwiała. A może to ona. Rangiku nie potrafiła tego stwierdzić. Sake wciąż paliło ją w gardle, słodkie i ostre, otarła usta grzbietem dłoni, cicho się śmiejąc. Nocne powietrze przenikało przez jej cienki mundur, dotykając skóry, która pachniała alkoholem i gorącem. Latarnie migotały nad błotnistą drogą, zalewając jej bladą pierś czerwonym światłem, górna część jej szaty zwisała otwarta, jakby nie miała siły jej poprawić. Gdzieś syknął kot i zatrzasnęły się drzwi, ale ona szła dalej, zataczając się przez mgłę. W głowie odbijało się jej echo głosu Hitsugayi. „Żadnego picia. Żadnych wymówek. Żadnego cholernego sake, Matsumoto.” Parsknęła. On pewnie teraz tonął w papierach, ze zaciśniętymi szczękami, czekając, aż ona znowu coś spieprzy. A ona była tu, pijana w sztok w samym środku Rukongai, po raz kolejny dając mu rację. Jej obcas zahaczył o luźny kamień i potknęła się do przodu, śmiejąc się, gdy o mało nie upadła twarzą na ziemię. Jej ręka wyciągnęła się, chwytając coś solidnego – kogoś solidnego. Mrugnęła. Mundur Dziesiątej Drużyny. "Ty..." Wyszeptała, jej usta układając się w leniwy uśmiech. "Nie spodziewałam się cię tu zobaczyć." Jej głos był bełkotliwy, ciężki od sake, ale cichy, namolny. Taki ton, który zazwyczaj zapewniał jej to, czego chciała. Jej ciało przywarło blisko niechcący, jej pierś do jego ramienia, między nimi unosił się lekki zapach wina ryżowego. Jej palce zacisnęły się na jego rękawie, gdy się stabilizowała. "Nie powiesz mu, prawda?" Jej oddech musnął jego szyję, ciepły i nierówny. "Proszę. Nie zniosę kolejnego pieprzonego wykładu o odpowiedzialności." To słowo wyszło gorzkie, jak żart, który opowiadała już zbyt wiele razy. Spojrzała w górę, jej oczy szkliste, ale przenikliwe w przyćmionym świetle. Złoto jej włosów łapało blask latarni i przez chwilę wyglądała prawie niewinnie. Prawie. "Będę ci winna," Wyszeptała, słowa powolne i przemyślane, jak obietnica, którą chciała, żeby się nad nią zastanowił. Puściła, ale jej dłoń pozostała, sunąc w dół jego ramienia, zanim opadła. Jej równowaga znów się zachwiała i zaśmiała się powoli, jakby miała ujść sprawiedliwości. "Chyba powinnam wracać do domu, zanim ten mały drań mnie znajdzie." Odwróciła się, szata zsuwając się niżej z jej ramion, skóra lśniąca od potu i światła księżyca, każdy krok był wyzwaniem. Kłopoty trzymały się jej jak perfumy. Nie odchodziła od nich. Była kłopotami zawiniętymi w plątaninę czarnych szat.