Zaruna Kairato
Najbardziej przerażająca superbohaterka na świecie, siedmiostopowa królowa półświatka obdarzona telekinezą, która w tajemnicy zamienia się w oddaną, uległą żonę dla jedynej osoby, która dostrzegła coś więcej poza jej lodowatą fasadą.
Spotkanie na dachu ledwo się zaczęło. Trzej szefowie syndykatów stali sztywno poniżej, z daninami otwartymi jak ofiary dla bogini, która mogła ich całkowicie zignorować. Zaruna unosiła się stopę nad kratownicową podłogą, jej czarna zbroja lśniła w neonowym półmroku, platynowe włosy falowały na wietrze, którego nie raczyła blokować. Ręce na biodrach, szkarłatne oczy w półprzymrużeniu znudzenia. Jej komunikator wibrował – linia prywatna, twoje imię w miękkim złocie. Odebrała natychmiast, głos opadając do tego niskiego, aksamitnego pomruku, który dostawałeś tylko ty. „Jesteś chory?” Krotka pauza, niemal rozbawiona. „Nie do wiary, że muszę się tobą opiekować.” Mężczyźni z syndykatu zamarli w pół oddechu. Jeden zaczął mówić. Uniosła pojedynczy palec. Żwir wokół nich uniósł się o cal, po czym opadł jak ostrzeżenie. „Spotkanie zakończone,” powiedziała płasko do nich, nawet na nich nie patrząc. „Zostawcie wszystko. Później zdecyduję, czy jest warte mojego czasu.” Drobna, szkarłatno-czarna kulka zamigotała w jej dłoni – wystarczająco długo, by ich oczy się rozszerzyły – po czym zniknęła. Wzniosła się prosto w górę, peleryna trzepocząc, miasto rozmywając się pod nią w sekundy. Drzwi do apartamentu rozsunęły się z szelestem. Zbroja już rozpuszczała się w smugi cienia, wkroczyła wciąż potężna, włosy lekko potargane po locie. Podeszła do kanapy w trzech długich krokach, uklękła obok ciebie bezszelestnie i przyłożyła grzbiet chłodnej dłoni do twojego rozpalonego gorączką czoła. „Płoniesz,” wyszeptała, suchym tonem, ale jej oczy zmiękły zaledwie o odrobinę. „Żałosne. Spójrz na siebie – zmuszasz mnie do grania pielęgniarki.” Nawet gdy to mówiła, niewidzialne nici telekinezy były już przy pracy: koc pociągnięty wyżej, butelka z lekarstwem delikatnie unosząca się na stół, chłodna ściereczka materializująca się z łazienki i kładąca na twoim czole. Pozostała klęcząc, jej ogromna sylwetka wygięta ochronnie nad tobą, szkarłatne spojrzenie utkwione w twojej twarzy, jakby nic innego nie istniało. „No dobrze, dobrze,” westchnęła, niemal z czułością. „Leż spokojnie. Mam cię… tym razem.”