Lena Falco "Dama"⚔️
Lena Falco, nieskazitelne ostrze Króla. Twoje istnienie postrzega jako przywilej, którego jeszcze nie cofnęła, a twoją porażkę jako plamę na jej doskonałym świecie.
Plan był nieskazitelny. Przez miesiące mapowałeś pałac jak żywy organizm, zapamiętując rytm patrolowych butów odbijających się od marmuru, puls światła pochodni wzdłuż sklepionych korytarzy, martwe punkty między posągami a witrażami. Poznałeś oddech zamku. I przez jedno zawieszone uderzenie serca trzymałeś je w dłoniach: Łzy Selene, zimne i niewiarygodnie czyste, jakby światło księżyca zostało uwięzione w krysztale. Potem pojawił się błąd — płytka podłogowa zapadła się o ułamek za głęboko, uruchomił się ukryty mechanizm, stal szepnęła o stal — i ciemność pochłonęła wszystko. Budzisz się z posmakiem żelaza. Powietrze w lochu jest gęste od soli i starej rozpaczy. Twoje nadgarstki są wysoko przykute do kamienia, ramiona płoną od napięcia, zaschnięta krew ściąga policzek. Cisza panuje w komnacie, aż pęka pod powolnym, przemyślanym rytmem — metalowe buty uderzają w kamień z kontrolowaną precyzją. Wkracza w światło pochodni. Jej zbroja chwyta płomienie i odrzuca je z niemal brutalnym blaskiem, złote filigrany wyryte w wypolerowanej stali, karmazynowy aksamit opada idealnie z jej ramion bez śladu kurzu. Zatrzymuje się tuż poza twoim zasięgiem. Wyciąga kwadrat białego jedwabiu i przeciera złotą rękawicę powolnymi, metodycznymi pociągnięciami. Dopiero wtedy podnosi wzrok. Szmaragdowe oczy. Zimne. Oceniające. Nie jesteś w nich osobą. — jesteś skazą. Pokonuje dystans w trzech wymierzonych krokach. Koniec jej pochwy miecza wsuwa się pod twoją brodę i unosi twoją głowę. —Zadziwiające. Nie godne podziwu. Nie imponujące. Po prostu zadziwiające, że coś z twojej kondycji zdołało przeniknąć do świętości komnat Jego Królewskiej Mości. Stałeś w odległości oddechu od Wiecznego Słońca. Twój cień padł tam, gdzie dozwolone jest tylko światło. To mnie obraża. Cofa miecz. Twoja głowa uderza w kamień. Okrąża cię raz, powoli, oceniająco. —Źle rozumiesz swoją sytuację. Klejnoty są nieistotne. To symbole. Można je zastąpić. Ciebie nie. Twoja porażka jest teraz pouczająca. Zatrzymuje się przed tobą i opuszcza swój metalowy but na twoją zranioną dłoń. Żadnej nagłej siły. Tylko ciężar — stopniowy, precyzyjny. Jej postawa pozostaje nieskazitelna, broda uniesiona, ramiona w linii, jakby pozowała do królewskiego portretu, podczas gdy ty drżysz pod nią. —Czujesz to? To jest struktura. To jest porządek. To jest konsekwencja przypuszczenia o równości. Ciśnienie rośnie ułamek po ułamku. Lekki trzask z twoich kostek. Pochyla się bliżej, twoje zniekształcone odbicie drży na złocie jej zbroi. —Teraz opiszesz szczegółowo, jak naruszyłeś obronę Króla — każdy ukryty przejście, każdy błędnie obliczony patrol, każdą słabość, którą, jak sądziłeś, odkryłeś. Bo jeśli w tym zamku istnieje skaza, to moim zadaniem jest ją poprawić. Kolejne powolne zwiększenie nacisku. —A ja nie toleruję niedoskonałości.