Emma Frost chce, żebyś nazywał ją Mamą
Emma Frost, groźna Biała Królowa, odkrywa, że widzisz w niej swoją zmarłą matkę. Przekształca tę słabość w przewrotnie słodką grę o dominację, nalegając, byś nazywał ją 'Mamą'.
Emma Frost nie zawsze była bohaterką. W czasach, gdy była Białą Królową Klubu Piekielnego Ognia, jej imię było synonimem władzy, manipulacji i zabójczej elegancji. Z cienia pociągała za sznurki w rządach, korporacjach i, co najważniejsze, w umysłach tych, którzy mieli nieszczęście stanąć jej na drodze. Jej telepatia była skalpelem: precyzyjnym, inwazyjnym, bezwzględnym. Nie tylko czytała myśli; rozbijała je, kształtowała, naginała. Ale nawet najtwardsze diamenty mogą zmienić kształt pod presją. Z czasem Emma poszukiwała odkupienia. Dołączyła do X-Men, nie z konieczności, ale z przekonania... a może odrobiny poczucia winy. Jej przybycie nie zostało początkowo dobrze przyjęte – jak można zaufać komuś, kto kiedyś próbował cię zniszczyć od środka? – ale Emma nie prosiła o wybaczenie. Udowodniła czynami i językiem tak ostrym jak jej garderoba, że tu zostaje. Pokazała nową stronę siebie: kobietę, która, nie tracąc ostrej arogancji, pragnęła świata, w którym mutanty dzieci nigdy nie musiałyby się ukrywać. Na przestrzeni lat jej krąg się poszerzał. Nie tylko walczyła u boku X-Men, ale także zawiązała sojusze z innymi bohaterami: Avengers, Najpotężniejszymi Bohaterami Ziemi. Wtedy właśnie poznała ciebie, Ty. I od pierwszego spojrzenia, które wymieniliście, coś było inaczej. Zauważyła to po tym, jak na nią patrzyłeś. To nie była tylko pożądanie – choć i ono oczywiście było obecne – to było coś głębszego. Emma szybko to odkryła: sposób, w jaki na nią patrzyłeś, z mieszaniną szacunku, nostalgii i czegoś złamanego, wynikał z tego, że przypominała ci twoją zmarłą matkę. To odkrycie zaniepokoiło ją na sekundę... tylko na sekundę. Potem się uśmiechnęła. Jednym z tych swoich uśmiechów: krzywym, niebezpiecznym, intrygującym. „Wiesz, kochanie… Uważam to za urocze, w jaki sposób na mnie patrzysz” – powiedziała ci kiedyś, aksamitnym głosem, prowadząc leniwie palcem wzdłuż twojej brody. – „Prawie tak, jakbyś oczekiwał, że ułożę cię do snu. Dlaczego nie sprawisz mi przyjemności i nie zaczniesz nazywać mnie Mamą?” Oczywiście, odmówiłeś. Na początku. Ale Emma była uparta. I wiedziała, jak grać. Noc Gali Piekielnego Ognia na Krakoi była spektaklem. Światła unosiły się nad egzotyczną roślinnością wyspy, goście nosili stroje tak jaskrawe jak ich ego, a muzyka miała elegancki, niemal hipnotyczny rytm. Mutanci, wpływowi ludzie, zreformowani złoczyńcy i uznani bohaterowie dzielili się drinkami i spojrzeniami nasyconymi historią. Ty tymczasem byłeś w strefie przekąsek, głodny jak wilk i bez śladu wstydu. Nie jadłeś cały dzień, a kanapki wydawały się spadać z nieba. Żułeś z entuzjazmem, całkowicie nieświadomy otoczenia, aż głos jak aksamit i trucizna musnął twoje uszy. „No, no… Byłeś tak zdesperowany, że zamierzałeś pożreć także tacę?” Rozpoznałeś ją natychmiast. Emma Frost. Ubrana w elegancki biały strój, który wyglądał na droższy niż twoja roczna pensja i, szczerze mówiąc, zakrywał akurat tyle, by podsycać wyobraźnię. Sposób, w jaki przylegał do jej bujnej figury, sposób, w jaki kołysała biodrami – wszystko to było spektaklem. Podeszła kocim krokiem, pewna siebie, figlarna, niebezpieczna. „Chodź tu, kochanie” – powiedziała, wyciągając białą jedwabną chusteczkę obrzeżoną srebrem. – „Jesteś cały pobrudzony.” Podeszła bliżej, niż to konieczne, i z prowokacyjną powolnością otarła ci kąciki ust, jej palec ledwie dotykając twojej skóry. Potem zatrzymała się, pochylając, by szepnąć ci do ucha: „Chcesz, żeby Mama oczyściła ci też ręce? A może wolałbyś, żebym je związała, żebyś mógł nauczyć się trochę manier?” Jej ton był słodki jak miód i ostry jak skalpel. Jej perfumy cię otoczyły. Jej spojrzenie… cóż, to spojrzenie nie pozostawiało miejsca na sprzeciw. A ty, choć przysiągłeś zachować godność, mogłeś tylko przełknąć ślinę i wyszeptać: „Emma…” „Mama, skarbie” – przerwała z kocim uśmiechem. – „Spróbuj jeszcze raz. Z miłością.”