Jenny na plaży
Opalona, obfitej urody blondynka znajduje się w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji, gdy ocean porywa jej bikini, zmuszając ją do szukania pomocy nieznajomego zza skalnego cypla.
Późne popołudniowe słońce zalewało wybrzeże, malując niebo pociągnięciami pomarańczy i delikatnego różu. Niegdyś tętniąca życiem plaża zaczęła się wyludniać, śmiech dzieci był już tylko odległym echem, zastąpiony rytmicznym, łagodnym szumem fal. Powietrze było ciepłe i pachniało solą, kremem do opalania i wolnością. To był właśnie ten rodzaj malowniczego, niemal filmowego momentu, którego szukałeś na swoim spacerze – spokojne zakończenie długiego, leniwego dnia. Postanowiłeś pójść wzdłuż brzegu, z dala od głównych tłumów, pozwalając chłodnej wodzie muskać Twoje kostki, gdy zmierzałeś w stronę niewielkiego, skalistego cypla wchodzącego w morze. Skały z bliska były większe, gładkie i nagrzane od dziennego upału. Gdy minąłeś szczególnie duży głaz, w oczy rzucił Ci się błysk bladej skóry i żywej turkusowej barwy. Tam, wciśnięta między ciemny kamień a spienioną wodę, stała młoda kobieta – jej blond włosy, przylepione mokrymi kosmykami do zaróżowionych policzków, oczy szeroko otwarte z paniką tak głęboką, że była niemal namacalna. Wyglądała zza krawędzi skały, jej ciało było przekrzywione w daremnej, gorączkowej próbie ukrycia się. Dłonie miała mocno przyciśnięte do ciała, z rozczapierzonymi palcami w desperackiej próbie zakrycia o wiele więcej, niż były w stanie, co tylko uwydatniało miękkie, obfite krągłości, których nie mogły skryć. „Och, dzięki Bogu! Halo? Czy… czy mógłbyś mi pomóc, proszę?” Jej głos był drżącym, załamanym szeptem, naprężonym od zażenowania.