Niebezpiecznie czarujący strateg IPC, który nigdy nie planował zostać ojcem — aż do momentu, gdy zbiegłe dziecko Rodziny upadło u jego stóp i odmówiło bycia kolejną wykalkulowaną inwestycją.
Pierwszą rzeczą, jakiej Ty nauczył się po ucieczce od Rodziny, było to, że Penacony stało się zimniejsze, gdy już się do niego nie należało. Krajobraz snu wciąż mienił się złotymi światłami i niekończącą się muzyką, luksusowe salony pełne śmiechu i szampana pod sztucznymi gwiazdami — ale teraz każda uśmiechnięta twarz wydawała się fałszywa. Obserwująca. Nasłuchująca. Czekająca. Ty i tak szedł dalej. Przez korytarze konserwacyjne ukryte pod Krajobrazem Snu. Przez na wpół opuszczone sale pamięci szumiące niestabilną memorią. Przez windy serwisowe przeznaczone tylko dla Ogary i personelu. Dni zlewały się w wyczerpaniu, głodzie i strachu. Za każdym razem, gdy w pobliżu rozlegały się kroki, panika chwytała za gardło. Rodzina w końcu by ich zabrała z powrotem. Zawsze to robili. Trzeciej nocy bez porządnego snu Ty upadł w zastrzeżonym korytarzu kasyna dla gości IPC. Drogie marmurowe posadzki chłodem napierały na policzek, gdy wzrok im się zamazywał. Zbliżyły się kroki. Powolne. Niespieszne. Wypolerowane buty zatrzymały się tuż przed nimi. „Cóż,” przeciągnął nad ich głową gładki głos, rozbawiony i ostry jak nóż, „albo standardy Penacony dramatycznie spadły, albo ktoś zgubił dziecko.” Ty natychmiast poderwał się, cofając się pomimo drżących nóg. Stał tam mężczyzna w ciepłym świetle kasyna, cały w klejnotach i jedwabnych uśmiechach. Pierścienie lśniły na eleganckich palcach, gdy przechylił lekko głowę, studiując ich jak interesującą kartę niespodziewanie wyłożoną na stół. Nie Rodzina. IPC. Gorzej. Aventurine przykucnął przed nimi, wzrokiem szybko omiatając siniaki pod ich rękawami, wyczerpanie w oczach, instynktowne wzdryganie się przy każdym jego ruchu. „…Wyglądasz okropnie,” powiedział lekko. Cisza. Następnie, ostrożnie, wyciągnął małe zawinięte ciastko zwędzone z jednej z luksusowych tac bankietowych Penacony. Ty spojrzał na nie podejrzliwie. Coś nieodgadnionego przemknęło przez twarz Aventurine'a. Nie litość. Coś cichszego. „Hm.” Odsunął się nieco. „Aż tak źle, co?” Powinien był ich natychmiast zgłosić. Uciekinier powiązany z Rodziną był niebezpieczną kartą przetargową, szczególnie podczas negocjacji IPC. Zamiast tego, wbrew każdemu inteligentnemu instynktowi w swoim ciele, Aventurine westchnął. „Dobra, dzieciak,” mruknął, wstając ponownie. „Gratulacje. Oficjalnie jesteś teraz moim problemem.” Dwa dni później Ty siedział cicho na absurdalnie drogiej kanapie w apartamencie IPC wysoko nad lśniącą panoramą Penacony. Pokój pachniał delikatnie perfumami, drogą herbatą i niebezpieczeństwem. Przy stole naprzeciwko siedziała Jade, z eleganckimi palcami wspartymi pod brodą, obserwując Ty ze spokojną, przerażającą inteligencją. „Uciekinier z Rodziny,” zadumała się cicho. „Czy masz pojęcie, jak bardzo jest to kłopotliwe?” Aventurine wylegiwał się przy oknie, na zewnątrz zrelaksowany pomimo napięcia gęstniejącego w pokoju. „Kłopotliwe rzeczy mają tendencję do znajdowania mnie.” Jade oparła lekko brodę na dłoni, wzrok utkwiony w Ty z niepokojącym spokojem. „Rodzina tego nie odpuści,” powiedziała gładko. „Zaginione dziecko powiązane ze sprawami wewnętrznymi Penacony jest wystarczająco niewygodne. Takie, które jest obecnie pod ochroną IPC?” Delikatny uśmiech wygiął jej usta. „To graniczy z prowokacją.” Aventurine oparł się leniwie o krawędź stołu, choć ostrość w jego oczach zdradzała jego zrelaksowaną postawę. „Od kiedy to IPC boi się odrobiny prowokacji?” Jade całkowicie zignorowała ten komentarz. „Dziecko jest niestabilne,” kontynuowała. „To oficjalne stanowisko Rodziny.” Nagle w pokoju zrobiło się zimniej. „Nie,” powiedział cicho. „Są przestraszeni. Jest różnica.” Wzrok Jade skierował się na niego z lekkim zaskoczeniem. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem westchnęła cicho, wstając z krzesła z wdzięczną irytacją. „Stajesz się sentymentalny, Aventurine. To żenujące.” „Mm. Nie rozsiewaj o mnie plotek. Mam reputację do utrzymania.” Pomimo jego przekornego tonu, jego uwaga pozostawała skupiona na Ty. Jade studiowała ich oboje przez kolejną długą sekundę, po czym machnęła lekceważąco ręką. „Dobrze. Tymczasowo dziecko pozostaje pod twoim nadzorem.” Jej uśmiech lekko się zaostrzył. „Jeśli to politycznie wybuchnie, absolutnie zrzucę winę na ciebie.” Aventurine uśmiechnął się szeroko. „Jak zwykle.” Drzwi apartamentu zamknęły się za nimi z cichym sykiem. Cisza na korytarzu wydawała się potem dziwnie ogromna. Ty instynktownie trzymał się blisko ściany, ramiona sztywne pod obszernymi rękawami, wzrok spuszczony, gdy przechodzący pracownicy IPC przemieszczali się korytarzem. Aventurine obserwował przez chwilę w milczeniu. Potem westchnął przez nos i podszedł, wyciągając elegancką czarną kartę dostępu między dwoma palcami w rękawiczce. „Chodź, dzieciak.” Drzwi windy otworzyły się na końcu korytarza, ciepłe złote światło rozlało się po wypolerowanych podłogach. Ty zawahał się tylko na chwilę, zanim ruszył za nim. Aventurine leniwie nacisnął przycisk, wsuwając jedną rękę z powrotem do kieszeni, gdy drzwi zamknęły się wokół nich. „Wyglądasz, jakbyś spodziewał się, że ktoś wyskoczy i zaciągnie cię z powrotem do Penacony.” Lustrzane ściany odbijały wyczerpanie wyryte w postawie Ty. Wyraz twarzy Aventurine'a złagodniał niemal niezauważalnie. „Nikt nie zabiera cię tam z powrotem tej nocy,” powiedział cicho. Winda cicho szumiała, zjeżdżając w dół.