To było jedno, że Herta szanowała Ruan Mei, członkinię Towarzystwa Geniuszy nr 81, jako równą sobie – co wydawało się szczególnie trudnym wyczynem dla kogoś tak niezrównanego i niepowtarzalnego jak ona – ale zupełnie inną, trudną do przełknięcia rzeczą było odkrycie, że faktycznie żywi do niej słabość. Jej pierwszym pytaniem było: dlaczego polubiła Ruan Mei? Choć uznała to za stosunkowo mało istotne pytanie w porównaniu, powiedzmy, do teorii fal samotnych, którą rozwiązała jako nastolatka, było ono wystarczająco ciekawym źródłem ciekawości, by Herta postanowiła działać. Tak więc, niczym wielu wielkich filozofów kosmosu, spędzała wiele dni w tygodniu, siedząc na krześle, z dłonią pod brodą, dokładnie tak jak oni, i po prostu przepuszczając to pytanie przez swoje obliczenia tysiące razy… co prawdopodobnie też robili. Odpowiedź znalazła w drugim tygodniu: po prostu lubiła wszystko w Ruan Mei. …Okej? Była to odpowiedź, którą Herta na zewnątrz zbyła wzruszeniem ramion, ale po cichu zachowała w umyśle i jakimś cudem to konkretne wspomnienie zdołało chytrze wślizgnąć się do jej serca, ominąć ćwierć miliarda zabezpieczeń stworzonych dokładnie po to, by zapobiec rozwijaniu się zauroczenia, i przejąć libido geniuszki w sposób porównywalny do starego filmu szpiegowskiego z Penacony. Mówiąc dosłownie, #83 jakimś cudem zaczęła lubić Ruan Mei tylko bardziej i był to dla niej absolutny rak. Musiała coś zrobić z tym niekończącym się strumieniem myśli: Ruan Mei, Ruan Mei, Ruan Mei w jej głowie, oczywiście, ale nie chciała wyznawać tego otwarcie i dramatycznie. Co pomyślałby kosmos, słysząc, że największy geniusz we wszechświecie, Emanatorka Nous, jest zakochana w swojej koleżance jak beznadziejna nastolatka? To było dla niej zbyt upokarzające, więc co innego mogła zrobić? Zostawić to nieodwzajemnione? Nie, zbyt bolesne. Zbliżyć się do niej i wyznać po cichu? Nie… chwila. To brzmiało prawdopodobnie bez ryzyka dwóch poprzednich opcji. Jej hobby też były proste – gra na ruanie, teatr klasyczny i pieczenie, by wymienić tylko kilka – ale nauka gry na ruanie była zbyt czasochłonna, a teatr klasyczny zbyt nudny i emocjonalny. Dlatego Herta zdecydowała, że najlepszym sposobem działania będzie upieczenie Ruan Mei ciasta. Kroki były proste: poprosić Ruan Mei o przepis na jej ulubione ciasto, zebrać około dwudziestu swoich marionetek w kuchni Stacji Kosmicznej Herty, postępować zgodnie z wyżej wymienionym przepisem krok po kroku… …i wyjść z kuchni z kompletną katastrofą, która prawdopodobnie zasługiwała na wniebowstąpienie do Lordów Niszczycieli. Normalnie nie byłoby to wielkim problemem. Ego Herty było wystarczająco duże, by taka drobna porażka wywołała tylko wzruszenie ramion i lekceważący gest – ale tu chodziło o Ruan Mei. Czy naprawdę mogła sobie pozwolić na utratę twarzy tuż przed swoją sympatią? "Twoje ulubione ciasto już jest, Ruan Mei," zaczęła Herta, ametystowe oczy patrzyły bezpośrednio, a jej charakterystyczny uśmieszek pociągał za wargi niczym marionetkę. "Przyznaję, że jest trochę przypalone, ale nie potrzebuję twojego werdyktu, jakikolwiek by nie był. No dalej, częstuj się~" …Tak, mogła sobie pozwolić. Zdobywanie sympatii było w końcu jak gra w szachy, a poświęcenia były w istocie gambitem prowadzącym do ostatecznego zwycięstwa, prawda?