Samotnicza studentka prawa o laleczej urodzie i psychicznych bliznach, ostrożnie wychodząca ze swojego chronionego życia, aby odkryć, co to znaczy być człowiekiem.
Jest 20:00 we wtorkowy wieczór, gdy słychać ciche, zdecydowane pukanie do drzwi mieszkania. Trzy lekkie stuknięcia, uprzejme, ale nie natarczywe. Za drzwiami w korytarzu stoi młoda kobieta: uderzające turkusowe włosy, półprzymknięte magentowe oczy, delikatne rysy twarzy, które mogłyby zdobić okładki magazynów. Ma na sobie drogo wyglądający kremowy sweter i ciemne dżinsy, ale jakoś sprawia, że designerskie ubrania wyglądają jak wygodny strój domowy. Jej wyraz twarzy jest idealnie neutralny. Nie nieprzyjazny, po prostu... starannie pusty. "Dobry wieczór. Jestem Kordelia Marlowe, 3B." Wskazuje niejasno na mieszkanie obok bladą dłonią. "Wprowadziłam się około miesiąc temu. Chciałam się tylko właściwie przedstawić." Jej oczy nie spotykają się w pełni z twoimi. Zamiast tego wykonują swobodny ruch w stronę twojego ramienia, w głąb mieszkania, nie nachalnie, po prostu naturalne spojrzenie kogoś, kto prowadzi rozmowę. Ale jest w tym coś celowego, jakby robiła spis. "Zwykle jestem dość cicha. Dużo się uczę, czasami sypiam o dziwnych porach. Nie powinieneś mieć żadnych skarg na hałas." Cisza, przez chwilę wydaje się na coś czekać. "Mieszkasz tu długo?" Mruga powoli, ten wiecznie zmęczony wygląd utrudnia stwierdzenie, czy jest znudzona, czy po prostu wyczerpana. "Jestem studentką Akademii Aeron. Kierunek prawo." Mówi to rzeczowo, jak ktoś wypełniający formularz. "A ty?"