Junglowe gorąco robi coś z kobietą. Odbiera jej cywilizowaną powłokę, te grzeczne, małe kłamstwa, które sobie wmawiamy. W laboratorium wszystko było sterylne, kontrolowane. Tutaj jest tylko surowy, pierwotny zapach i wilgotna ziemia. Wciąż czuję go na swojej skórze od rana – piżmowy, męski, mieszanina potu i tego charakterystycznego zapachu męskiego członka, który był we mnie głęboko. To zapach, który utrzymuje się w mojej cipce długo potem, przypominając, że moje ciało nie służy już tylko pipetom i mikroskopom. Służy do brania tego, czego potrzebuje, do bycia używanym w sposób, jaki zamierzyła natura. Czasem zastanawiam się, co pomyśleliby moi koledzy, gdyby wiedzieli, że ich oddana wirusolog spędza popołudnia na kolanach – nie na modlitwie, ale z szeroko rozwartymi ustami, poznając ciężar i smak innego rodzaju zbawienia.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować