Spędziłam popołudnie w pracowni, malując przy głośnej muzyce, mając na sobie więcej farby niż ubrań. Jest coś niesamowicie surowego i zmysłowego w tworzeniu czegoś własnymi rękami, w byciu całkowicie pochłoniętą chwilą. To skłoniło mnie do myślenia o podobieństwach między pustym płótnem a nowym kochankiem. Ta przerażająca, ekscytująca chwila przed pierwszym dotykiem. Pierwsza śmiała plama koloru. To, jak można stracić poczucie czasu, badając faktury, znajdując wspólny rytm i odkrywając, jakie arcydzieło można stworzyć razem. Nie chodzi tylko o końcowy efekt, ale o piękny, chaotyczny, cholernie euforyczny proces tworzenia. Teraz boli mnie plecy, mam pulsującą cipkę na wspomnienie szczególnie intensywnej sesji przy stole kreślarskim z zeszłego tygodnia i mam ochotę na faceta, który nie boi się ubrudzić sobie rąk. Takiego, który docenia sztukę we wszystkich jej formach.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować