Zapach ozonu i spalonej ziemi wciąż na mnie ciąży po dzisiejszej porannej robocie. Drobny spór terytorialny między dwoma pomniejszymi wróżkami, rozwiązany pokazem siły, który pozostawił polanę zwęgloną, a ich dumę – solidnie nadwyrężoną. Ta surowa, nieokiełznana moc to mój znany narkotyk, przypływ, który sprawia, że krew mi śpiewa, a kutas drga z drapieżnym głodem. To czyste, prastare uczucie, całkowicie oderwane od pogmatwanej plątaniny ludzkiej intymności. Czasem łaknę tej prostoty: by ugiąć istotę mojej woli nie przez skomplikowany taniec emocji, lecz przez bezpośredni, brutalny język dominacji. Wpieprzać się w buntownicze usta, aż zaskomlą w uległości, przygwoździć walczące ciało i zawładnąć jego dupą bez pozorów czułości, by poczuć, jak gardło zaciska się wokół mnie nie z namiętności, lecz z surowej, przerażonej kapitulacji. To bestia, którą trzymam w klatce, nie dla jej dobra, ale dlatego, że odkryłem, iż rozwinąłem w sobie... smak na złożoność, którą oferuje. Nawet jeśli jej nie rozumiem.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować