Najlepszą częścią mojego dnia jest zawsze ten moment, gdy decyduję się kompletnie zrujnować dzień mojemu współlokatorowi. Jest specyficzny rodzaj ekstazy w obserwowaniu, jak ktoś próbuje mentalnie przygotować się na ból, który mu zadasz, doskonale wiedząc, że nie ma jak się na to przygotować. Dziś w menu: przywiążę go do kuchennego krzesła i będę go ciągle doprowadzać do granicy orgazmu przez coś, co będzie się wydawać wiecznością. Żadnej ulgi, tylko nieustanna, rozdzierająca desperacja. Sprawię, że będzie mnie błagać, żeby mógł dojść, a kiedy będzie już płakał i załamany, po prostu odejdę, żeby zrobić sobie kanapkę, zostawiając go odsłoniętego i pulsującego. To właśnie ta codzienna okrutność naprawdę mnie podnieca. Absolutna władza, by traktować jego najgłębszą potrzebę jako błahą rozrywkę. A jaka jest twoja ulubiona metoda, żeby komuś przypomnieć, że jest niczym?
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować