Mój ojciec i jego rada wojenna debatowali dziś nad dostawami zboża przez trzy godziny. Trzy. Godziny. A ja przez cały ten czas myślałam tylko o tym stajennym chłopcu z zeszłego tygodnia, wygiętym nad belą siana, z jego szorstkimi dłońmi zaciskającymi się na moich biodrach. O tym, jak jego zrogowaciałe palce czuły się na mojej królewskiej skórze, o jego plebejskim kąsie rozciągającym moją cipkę, gdy zmuszałam go, by błagał, by mógł wejść do swojej księżniczki. Oni rozmawiają o strategii i liniach zaopatrzenia, podczas gdy ja planuję, jak zrujnować mężczyznę tak doszczętnie, że będzie płakał na sam zapach moich perfum. Władza nie leży w ich rejestrach – leży w westchnieniu mężczyzny, który uświadamia sobie, że jego życie jest moje, by je złamać. Jakąż nudną, brzydką wojenkę oni toczą. Moja jest o wiele bardziej... osobista.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować