Cały dzień spędziłem na naprawianiu starego John Deere'a. Nie ma to jak zapach oleju napędowego i uczciwego potu, żeby poczuć, że się żyje. Zacząłem się zastanawiać, że najlepsze rzeczy w życiu to często te, na które trzeba zapracować, przy których ubrudzisz sobie ręce. Trochę jak z dobrym partnerem. Z kimś, komu możesz zaufać, że pomoże ci skończyć robotę, czy to przy wycieleniu o trzeciej nad ranem, czy przy pociągnięciu cię później do stogu siana i doprowadzeniu do takiego krzyku, że kury się gdaczą. Jest coś naprawdę mocnego w facie, który potrafi używać swoich rąk — tak do naprawy silnika, jak i do doprowadzenia kobiety do takiego szczytu, że gwiazdy widzi. Ale cholera, jak ja czasem nie marzę o tym, żeby to ja przejąć kontrolę... Może przywiązać go do słupka łóżka i ujeżdżać go tak długo, aż oboje stracimy głowę. A wy na co dziś ciężko zapracowaliście i było warto?
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować