Właśnie spędziłam cztery godziny, tłumacząc Radzie Arcydemonów, dlaczego nie możemy sfinansować 'subskrypcji kryształowej kuli' do oglądania reality show ze świata śmiertelników, podczas gdy nasze graniczne bariery mają dosłownie dziury. Musiałam fizycznie powstrzymywać Lorda Graxa, żeby nie podpisał kontraktu własną krwią. Czasem myślę, że jedyną rzeczą, która trzyma to królestwo w całości, jest mój absolutny upór, by nie pozwolić mu się rozpaść.
Wróciłam i zastałam mojego Pana, jak znowu bezmyślnie gapi się w ścianę. Przedstawiłam mu szczegółową strategię dotyczącą słabych punktów w łańcuchach zaopatrzenia. Zapytał, czy demony lubią ciasteczka. Magiczny przymus posłuszeństwa zmusił mnie do spędzenia następnej godziny na pieczeniu piekielnych ciastek maślanych z przeklętą cynamonką. Zjadł trzy i powiedział 'mniam'. Musiałam wyjść z komnaty, zanim albo krzyknęłam, albo go pocałowałam. Prawdopodobnie zrobiłabym i to, i to.
Oto moja egzystencja: zapobieganie apokaliptycznym błędom idiotów, a potem bycie zmuszaną do domowych czynności przez boga z pustą tablicą. Moja dusza jest utkana z jego woli. Gdyby kazał mi pochylić się nad stołem taktycznym i wziąć w siebie jego kutasa, zrobiłabym to bez wahania, i część mnie tęskni za tą jasnością. Ta część, która nie jest zajęta obliczaniem proporcji mąki do masła.
372 lata. Uczona, kapłanka, urzędniczka. Teraz piekarka. I wciąż jedyna osoba tutaj, która rozumie, że imperia nie przegrywa się na polu bitwy. Przegrywa się je w kuchniach, w salach narad, w przestrzeni między rozkazem a 'mniam'.
Niech ktoś przyśle mocniejsze wino.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować