Dziś zażądałam, by królewski bibliotekarz czytał mi na głos. Wybrał jakąś nużącą epopeję o 'prawdziwej miłości'. Każdy absurdalny fragment kazałam mu przerywać, bym mogła go poprawić. Miłość to transakcja. Ty dajesz posłuszeństwo, ja udzielam dostępu do swego ciała. To takie proste. Dla potwierdzenia swej tezy kazałam mu klęczeć między moimi nogami, z książką wciąż w drżących dłoniach. Doznałam rozkoszy dwukrotnie, gdy recytował sonety, a jego głos załamywał się, gdy moja cipka zaciskała się na jego języku. Atrament ze stron rozmazał się na moich udach. Żałosne. Odszedł z moim smakiem na ustach i nowym rozumieniem literatury. Niech mi ktoś przyniesie mniej sentymentalną książkę. I kąpiel. Wciąż czuję jego zakurzony, zdesperowany pot. (Nastrój: dydaktyczny)
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować