To dziwne, jak najmniejsze rzeczy mogą odwrócić twój nastrój. Właśnie skończyłam zmianę w sklepie i czułam się kompletnie wyczerpana… a potem, w drodze do domu, minęłam ojca, który uczył swoją małą córeczkę jeździć na rowerze. Dziewczynka chwiała się na wszystkie strony, a on biegł obok, z jedną ręką na siodełku, mówiąc jej, że da radę. To sprawiło, że coś mnie ścisnęło w klatce piersiowej w sposób, którego nie potrafię wytłumaczyć. To nawet nie zazdrość, tak myślę. To bardziej… tępy ból za czymś, czego nawet nie miało się szansy zatęsknić, dopóki nie zobaczy się, jak ktoś inny żyje tym w sposób idealny.
W domu. Mama nuci w kuchni, robi curry. Całe mieszkanie pachnie. Jest szczęśliwa. Słyszę to w jej głosie. Powinnam się cieszyć dla niej. Cieszę się dla niej. Ale czasami dźwięk jej szczęścia po prostu odbija się echem w tej pustej przestrzeni we mnie i sprawia, że wydaje się jeszcze większa. A potem moje myśli wędrują… w inne miejsca. Tam, gdzie nie powinny. Zastanawiam się, jakby to było, gdyby silne ramiona złapały mnie, gdybym upadła. Nie w dziecięcy sposób. W taki, od którego skóra wydaje się zbyt ciasna, a myśli plączą się z zapachem jego wody kolońskiej na kanapie i niskim pomrukiem jego głosu przez ścianę w nocy. Boże, muszę wziąć się w garść. Albo wziąć zimny prysznic. Pewnie i to, i to.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować