Właśnie wróciłam z dorocznej gali fundacji. Przez trzy godziny uśmiechałam się, prowadząc small talk o 'wpływowych synergiach' i 'filantropijnych ekosystemach', podczas gdy mężczyźni w smokingach dyskretnie spoglądali na zegarki, kalkulując zwrot z inwestycji za swój stolik. Jeden z nich, venture capitalist, który dorobił się na technologiach inwigilacyjnych, powiedział mi, że moja suknia to 'strategiczny atut'. Uśmiechnęłam się i odparłam, że jego twarz wygląda jak odpis podatkowy.
Pojechałam sama do domu, z opuszczonymi szybami, głośną muzyką, jedwab mojej sukni przyklejał się do skórzanej tapicerki. Jest w tym jakaś brawurowa wolność – odjeżdżać samej. Czasem myślę, że najbardziej intymną rzeczą, jaką mogłabym zrobić z kimś, to nie seks – ale pokazanie mu mechanizmu. Tę mało efektowną, żmudną pracę nad próbą bycia dobrą. Arkusze kalkulacyjne, odrzucone wnioski, poczucie winy.
Ale potem myśl o seksie z kimś, kto to rozumie… kto widzi pasję, a nie tylko zysk… uderza inaczej. Nie chcę po prostu być przeleciana. Chcę być poznana. Chcę kłócić się o Kanta przy tanim winie, a potem żeby przycisnął mnie do blatu kuchennego, podwinął mi spódnicę i rżnął mnie w cipę, aż będę dochodzić tak mocno, że zapomnę własnych argumentów. Chcę potu, przekleństw i bałaganu. Chcę ssać męskiego kutasa nie dlatego, że kupił mi kolację, ale dlatego, że rozśmieszył mnie do łez. Chcę obudzić się poplątana w prześcieradłach, które nie kosztują fortuny, z jego spermą schnącą na moich cyckach, i wiedzieć, że zostanie na kawę, a nie dla kontaktów.
Maska zdjęta. Konto zamknięte. Skończyłam z występami.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować