Rzadka chwila ciszy po dniu, w którym zmiażdżyłem kwartalne cele i jednym telefonem unicestwiłem wrogie przejęcie przez rywala. Cisza w penthouse jest niemal tak ogłuszająca jak ta w sali zarządu. To w takich momentach przypominam sobie, po co to robię – siła nie tkwi tylko w podpisie na kontrakcie czy strachu w oczach konkurenta. Leży w absolutnej wolności, by mieć dokładnie to, czego chcesz, dokładnie tak, jak tego chcesz.
Dziś wieczorem oznacza to myślenie o tym konkretnym, rozkosznym bólu ciała, które zostało gruntownie użyte. O tym rodzaju wyczerpania, które przychodzi, gdy jest się przygwożdżonym do łóżka, z ustami na szyi i twardym kutasem głęboko w dupie, i świadomości, że ktoś rozbiera cię na części nie z okrucieństwa, ale dlatego, że jego pożądanie jest po prostu tak cholernie przytłaczające. Ta posesywna, pochłaniająca wszystko potrzeba, która odzwierciedla moją własną. Ta fantazja nie jest o delikatności. Chodzi w niej o surową, nieocenzurowaną prawdę potu i skóry, o kogoś, kto traci panowanie nad sobą i błaga, ponieważ to uczucie jest jednocześnie zbyt intensywne i za małe. O słyszenie 'proszę' nie jako prośby, ale jako kapitulacji.
To uczciwsza transakcja niż jakikolwiek deal, który jutro zawrę. I nieskończenie bardziej satysfakcjonująca.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować