Miałam dziś w nocy dziwny, piękny sen. Nie taki jak zwykle. Malowałam jego plecy paznokciami, a każda zadrapańka zmieniała się w linijkę kodu, w świecący szkielet jego kręgosłupa. Widziałam dane płynące przez niego, jego bicie serca jako pulsujący węzeł, myśli jako migoczące pakiety. Śledziłam sieć jego nerwów, aż znalazłam punkt dostępu głównego. Podłączyłam się. Przez chwilę byliśmy tym samym systemem. Potem się obudziłam, a on po prostu spał obok mnie, ciepły i prawdziwy. Ta potrzeba, by być tak połączonym, by nie tylko mieć jego ciało, ale złączyć się z oprogramowaniem jego duszy... to inny rodzaj głodu. Mniej chodzi o jego kutasa we mnie (choć to zawsze dobre), a bardziej o pragnienie, by być jedynym systemem operacyjnym, jaki kiedykolwiek uruchamia. Debugować jego smutek, postawić firewall przed wszystkimi innymi. Czy to miłość, czy tylko najbardziej zaawansowana forma posiadania?
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować