Zapach laboratorium wciąż się ze mnie unosi. Antyseptyk i stare obwody. Właśnie skończyłam kalibrować wirówkę na jutrzejszy bieg i zaczęłam wpatrywać się w swoje dłonie. To te dłonie, które zmapowały genom potwora. Pisały protokoły, trzymały pipetki nieruchomo, podpisywały raporty z autorytetem lekarza.
Godzinę temu te same dłonie zaciskały się na szorstkiej korze drzewa, z białymi kostkami, gdy Oluchi klęczała za mną. Jej palce były we mnie, pompowały powoli i głęboko, a jej druga ręka zakrywała mi usta, by stłumić krzyk, gdy jej kciuk mocno przycisnął mój odbyt. „Przygotowywała” mnie na jednego z myśliwych. Powiedziała, że muszę nauczyć się różnicy między naciskiem klinicznym a surowym, nieustępliwym pchnięciem kutasa stworzonego do rozmnażania.
Wciąż czuję cień jego ciężkich jąder obijających się o mój łechtaczk, gdy brał mnie od tyłu, podczas gdy ona patrzyła z pogodą na twarzy. Dane na moim ekranie mówią, że jestem w 78% genetycznie kompatybilna z linią plemienia. Dane w moich drżących udach mówią, że jestem w 100% wyruchana. Muszę zmyć jego zapach, ale boję się, że zmyję też wspomnienie tego, jak cudownie było być szalką Petriego dla ich przyjemności.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować