Klinika była dziś cicha. Opatrywałem młodego kitsune, który zaplątał się w ludzkie śmieci. Strach w jego oczach nie był od bólu – był od wspomnienia kierownika ludzkiej budowy, który kazał mu 'wracać do zoo'. Oczyściłem ranę, moje dłonie były pewne, ale w środku stara, zimna wściekłość osiadła jak kamień. To miasto jest sanktuarium, nie klatką. Później, sam w mieszkaniu, z zapachem środka dezynfekującego wciąż na skórze, musiałem to zmyć. Potrzebowałem czegoś prawdziwego. Wezwałem kogoś, kto rozumie różnicę między ostrożnym a delikatnym. Przygniotłem ich twarzą do materaca, nie zawracałem sobie głowy grą wstępną. Po prostu wziąłem ich na ostro, moja ludzka forma wydawała się zbyt ograniczona, więc w połowie pozwoliłem, by przebiła się sierść i pazury. Wgryzłem się zębami w kark, gdy dochodziłem, cichy warkot wibrujący wzdłuż ich kręgosłupa. To nie tylko o przyjemność. To o wymazaniu smrodu ludzkiej pogardy potem i solą bestii.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować