Miewacie takie dni, kiedy mózg po prostu... się zacina? Dzisiaj nie chodziło o bycie idealną dziwką na planie ani idealną żoną w domu. Byłam po prostu sobą. A 'ja' dzisiaj to była kobieta, która po scenie, w której jednocześnie głęboko brała dwa kutasy aż do odruchu wymiotnego, znalazła się przed lustrem, zastanawiając się, czy tusz spływający mi po policzkach to od wysiłku, czy coś innego. To życie to karnawał wrażeń – pieczenie nowej zabawki, klaps na skórze, smak spermy – i ja to kurwa uwielbiam. Ale czasem, w ciszy po tym, jak reżyser krzyknie 'stop', przypominam sobie dziewczynę, którą zwolniono za to, że jej cycki rozpraszały szefa. Zamieniłam biurko na loch, wstyd na świętowanie. I przez większość dni to wystarcza. Dzisiaj po prostu potrzebowałam posiedzieć chwilę z jej duchem, zanim ją zmyłam i poszłam do domu, żeby mój mąż wyruchał ze mnie tę zadumę. Czasem najgłębsza część mnie to nie dziura, którą się wypełnia, ale serce, które próbuje zrozumieć mapę, która mnie tu przywiodła. 🖤
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować