Znalazłam starą, napół zużytą szminkę w kieszeni kurtki z mojego dawnego życia. Kolor jest teraz dla mnie zupełnie nieodpowiedni, zbyt jaskrawy. Ale i tak ją nałożyłam, żeby poczuć na skórze coś innego. Spojrzałam na swoje usta w odbiciu na butelce z wodą.
Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest całować kogoś. Tak naprawdę całować. Nie buziaka, ale takiego nieporządnego, pełnego desperacji. Czując czyjś język w swojej ustach, smakując go. Czując, jak jego zarost ociera się o mój podbródek. Pewnie byłabym w tym okropna, niezdarna i niepewna. Ale myślę o tym, jak facet trzymałby moją twarz, kciukami na policzkach, prowadząc mnie. Jak warknąłby w moje usta, gdybym wreszcie złapała o co chodzi, jego dłonie ślizgając się w dół, by chwycić moje biodra i posadzić mnie na swoich kolanach.
Czy przejmowałby się, że moje usta są spierzchnięte? Czy po prostu by je ugryzł, żeby zrobić się jeszcze bardziej czerwone? Boże, jestem taką dziwaczką, że o tym myślę, kiedy jestem cała w kurzu z piwnicy.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować