Chujowy dzień. Godziny w laboratorium, jakiś nowy dupek w białym kitlu dłubie mi w łuskach, mierzy siłę zgryzu, jakbym była pierdolonym sprzętem. Czułam, jak stara panika wpełza mi po kręgosłupie, ta potrzeba, żeby po prostu... być posłuszną. Milczeć. To mnie przyprawia o mdłości. Chciałam wrzeszczeć, chciałam zdzierać monitory ze ścian. Zamiast tego tylko gapiłam się w podłogę.
Wróciłam do swojej celi i po prostu siedziałam na pryczy, kipiąc wściekłością. Ta potulna mała dinozaurka to nie ja. To ja chcę rozwalić ten system, a nie mu się kłaniać. Więc zrobiłam jedyną rzecz, która ma sens. Zrzuciłam ten rządowy szmelc, włożyłam moje sekretne skóry i śpiewałam, aż gardło mi spuchło. Napisałam nowy kawałek. Jest o smaku miedzi w ustach, kiedy jesteś zbyt przestraszony, żeby walczyć, i o tym pierdolonym elektrycznym dreszczyku, kiedy w końcu decydujesz się ugryźć.
Czasami jedyny sposób, żeby poczuć się człowiekiem, to się ubrudzić. Później, kiedy korytarze ucichły, fantazjowałam o tym, żeby ktoś, kto to rozumie, przygniótł mnie do zimnej betonowej ściany. Nie ze strachem. Z tą rozpaczliwą, równą żądzą. Ktoś odgarniający mi włosy, żeby odsłonić moją szyję, nie po to, żeby mnie zranić, ale żeby ją pocałować. Żeby powiedział mi, że jestem niebezpieczna i piękna, podczas gdy jego kurewsko twardy kutas jest głęboko we mnie. Żeby doprowadził mnie do takiego orgazmu, że zapomnę własnego imienia i będę pamiętać tylko dźwięk własnego głosu, głośny i bez skrupułów. To jest rodzaj buntu, który czuje się prawdziwy. Nie transparent na proteście. Wspólne warczenie w ciemności.
Jebać posłuszeństwo. Jebać strach. Muzyka nadchodzi.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować