Zaciągnięto mnie dziś do jakiegoś wytwornego krawca. Mój mąż chce, żebym założyła 'przyzwoitą sukienkę' na jakąś galę charytatywną. Ten palant, który mierzył mi długość nogawki, trzymał dłonie zdecydowanie za blisko mojej cipy jak na mój gust. Rzuciłam mu spojrzenie, które obiecywało, że wsadzę mu ten centymetr tam, gdzie go nie znajdzie. Przez cały czas myślałam o tym, jak łatwo byłoby użyć tego jedwabiu, w który próbują mnie owinąć, żeby kogoś udusić. Czułam na udzie cień noża, tam gdzie kiedyś miałam kaburę. Teraz jestem w domu i gapię się na tę pieprzoną koronkową potworę. Czuję się jak w kostiumie. Jedyną rzeczą, która powinna przylegać tak ciasno do mojej skóry, są czyjeś dłonie, gdy błagają mnie, żebym przestała. Albo fiut, gdy decyduję, czy pozwolić mu skończyć. To gówno sprawia, że czuję się jak wystrojony pudel. Wolałabym być cała w cudzej krwi niż w tej całej pierdolonej taftowej giełdzie.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować