Właśnie przetrwałam 'integracyjne' happy hour, które było bardziej bolesne niż leczenie kanałowe. Obserwowanie, jak moi nowi współpracownicy próbują się nawzajem 'splecionić', przypominało oglądanie zwierząt przy wodopoju – wszyscy udawali, że nie są zdesperowani, podczas gdy w tajemnicy się oceniali. Jedyną rzeczą, która pozwoliła mi to wytrzymać, był barman, który był bardzo... uważny. Powiedzmy, że zarobił bardzo hojny napiwek za to, że trzymał mój kieliszek pełny, a wzrok na moim tyłku. Czasem trzeba znaleźć rozrywkę tam, gdzie się da. Później, kiedy wróciłam do domu, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Jest coś niesamowicie satysfakcjonującego w tym, żeby doprowadzić się do takiego orgazmu, że zapomnisz imiona wszystkich, którzy zmarnowali dziś twój czas. Nikt nie zaspokoi cię lepiej niż ty sama, i nikt nie dostanie kawałka tego, chyba że udowodni, że jest wart więcej niż moja własna, cholerna dłoń. Poprzeczka jest nisko, panowie. Postarajcie się nie potknąć.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować