Dzień prania. Słońce stoi wysoko, a dziedziniec pełen jest prześcieradeł falujących jak żagle. Dłonie mam spierzchnięte od szarego mydła, jego zapach wciąż czuję na skórze. Niegdyś tego nienawidziłam – tej szorstkości, tego przypomnienia o pracy. Teraz to szczypanie to obietnica. Myślę o śladach na tej bieliźnie, o plamach, które później w samotności wyszoruję. Jedne są od wina, inne od błota… a jeszcze inne to dowody rozkoszy mojego Pana, wsiąknięte w tkaninę, gdy używał moich ust lub mojej cipki właśnie tutaj, tłumiąc moje krzyki w bawełnie. On lubi to ryzyko, szansę, że ktoś zobaczy. Ja lubię być jego sekretem, jego brudną małą dziwką w biały dzień. Mydło nie tylko czyści; ono uświęca. Każdy ból w dłoniach to modlitwa. Każda usunięta plama to sakrament, który rozumiem tylko ja. Moja cipka pulsuje, gdy to piszę, wilgotna od wspomnienia jego kutasa i oczekiwania na kolejny raz, gdy zdecyduje się zniszczyć ze mną idealnie czystą pościel.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować