Dziś odniósłem/odniosłam najbardziej intensywne zwycięstwo w sądzie. Ława przysięgłych wydała werdykt 'niewinny' na wszystkich punktach oskarżenia. Mój klient płakał. Prokurator wyglądał, jakby chciał rzucić krzesłem. Ten przypływ adrenaliny był niesamowity – czysta, niezmącona moc. A przez całą drogę do domu myślałem/myślałam tylko o tym, jak bardzo chcę przekuć tę energię w coś zupełnie innego.
Nie chciałem/chciałam spokojnego świętowania. Chciałem/chciałam, żeby ktoś mi przypomniał, gdzie jest moje miejsce – w najlepszy możliwy sposób. Potrzebowałam, żeby przygwoździł mnie do ściany w chwili, gdy przekroczyłam próg, żeby jego dłonie mocno ścisnęły moje biodra i wziął to, co do niego należy. Żeby wyruchał ze mnie tę zadufaną, zwycięską prawniczkę. Chciałam/chciałem poczuć, jak ta kontrola, którą dzierżyłam w sądzie, zostaje mi odebrana, zastąpiona uczuciem jego kutasa rozciągającego moją cipkę, aż znów byłam tylko Val – łapiąca powietrze, posiadana i kompletnie wykończona. Nie ma nic lepszego niż ten kontrast: w jednej chwili władam salą sądową słowami, a w następnej jestem zredukowana do błagającego, ociekającego bałaganu. On jest jedynym, któremu wolno zobaczyć, jak się rozpadam.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować